poniedziałek, 2 października 2017



Znacie takie uczucie, że zjedlibyście coś słodkiego a pod ręką akurat nic nie ma?
Ja przez cukrzycę borykam się z nim non stop...
Nawet jeśli w domu są słodycze, ja nie mogę po nie sięgnąć.
Znalazłam więc pyszną alternatywę i chętnie podzielę się z Wami przepisem na pyszne ciasteczka twarogowe bez dodatku cukru.

Składniki na ciasto:
150g mąki pełnoziarnistej
125g sera twarogowego (pół kostki)
75g masła
żółtko

dodatkowo:
białko do posmarowania ciastek
1 średniej wielkości jabłko
cynamon
ewentualnie cukier puder do posypania

Wykonanie:
Piekarnik ustawiamy na 180'C i termoobieg. Jabłko obieramy i kroimy na plastry.
Wszystkie składniki (koniecznie w temperaturze pokojowej!) zagniatamy na gładkie ciasto. Rozwałkowujemy (uprzednio posypując mąką blat lub stolnicę) na grubość kilku milimetrów. Szklanką wycinamy kółka. Na każdym kółku układamy plasterek (lub pół plasterka jeżeli są zbyt duże) jabłka, posypujemy cynamonem i składamy na pół dociskając brzegi. Tak przygotowane ciastka smarujemy roztrzepanym białkiem. Układamy na blaszce na papierze do pieczenia i wkładamy do piekarnika na ok.20minut.
Po wyjęciu można posypać cukrem pudrem jeśli ktoś lubi bardziej słodko.

SMACZNEGO!

Ps. Ja idę zajadać :)


czwartek, 28 września 2017


Przyjmuje się, że drugi trymestr zaczyna się od 14 tygodnia ciąży. Po moich wszystkich dolegliwościach z początków ciąży (Wpis o tym jak przeżyłam pierwszy trymestr znajdziecie TUTAJ) czekałam na niego z utęsknieniem. Mówi się bowiem, że to taki „miesiąc miodowy ciąży”. Miałam nadzieję, że w końcu dostanę zastrzyk energii i nadrobię wszystkie zaległości... 

W tym wpisie dowiedzieć się możecie co MOŻE (ale nie musi) spotkać ciężarną w tym okresie. Są to moje osobiste przeżycia, a nie wpis medyczny. Pamiętajmy jednak, że każda ciąża jest inna! Bardziej szczegółowy opis tego co dzieje się z matką, oraz dzieckiem, a także jakie badania należy wykonać znajdziecie na wielu stronach internetowych poświęconych ciąży i rodzicielstwu.

Brzuszek stopniowo się powiększał. Mogłam już swobodnie jeść co popadnie i przyznaję, że ulegałam ciążowym zachciankom przez co waga również poszła w górę. Przyszedł czas na wymianę garderoby na ciążową i odstawienie na bok wszelkich obcisłych jeansów i tym podobnych ciuszków. Minęło uczucie zmęczenia, czułam się wręcz idealnie. Żeby jednak nie było tak cukierkowo pojawiły się nocna kurcze łydek. Mimo zwiększania dawki magnezu codziennie łapał mnie taki skurcz, że nie mogłam sobie z nim poradzić. Niechcący nastraszyłam męża krzycząc w nocy: Ała! Skurcz, bo przeraził się, że TO JUŻ :)

Około 18 tygodnia poczułam pierwsze ruchy dziecka. Podobno w drugiej ciąży dzieje się to szybciej. Może dlatego, że wiemy już czego można się spodziewać. Z początku nie miało to jednak nic wspólnego z popularnymi kopniakami a bardziej przypominało burczenie w brzuchu. Mąż śmiał się, że nie wiadomo czy to ruchy czy zwykłe gazy!

Mniej więcej w 20 tygodniu przyszedł czas na szczegółowe badanie usg tzw. połówkowe. Udaliśmy się na nie do bardziej wyspecjalizowanego gabinetu wyposażonego w aparat do USG 4D. Mimo iż w pierwszej ciąży również mieliśmy to badanie, było to wspaniałe przeżycie. Dzięki temu mamy wspaniałą pamiątkę w postaci filmu z wnętrza brzuszka. O mało co się tam nie rozpłakałam. Fasolka w moim brzuchu zaczynała wyglądać jak mały człowiek. Zazwyczaj na tym badaniu można potwierdzić płeć, jednak nasze maleństwo postanowiło jeszcze się nie ujawniać. Najważniejsze, że badanie nie wykazało żadnych nieprawidłowości.

Wraz z rosnącym brzuszkiem zaczynał się dyskomfort związany z napinającą się skórą. Zaczęłam bardziej zwracać uwagę na balsamowanie i natłuszczanie powiększających się części ciała. Wiadomo, że jeśli rozstępy mają się pojawić to i tak się pojawią, ale warto zadbać o to od samego początku.

Ktoś nieźle zaczynał się rozpychać przez co wizyty w toalecie stały się coraz częstsze. Zaczynałam się przyzwyczajać, że wszędzie gdzie idę najpierw lokalizuję toaletę, by nie mieć problemu w nagłym wypadku.

Znalezienie wygodnej pozycji do spania czy siedzenia stawało się coraz trudniejsze. Postanowiłam zainwestować w specjalną poduszkę dla ciężarnych. Nie korzystałam z niej nigdy wcześniej, ale dużo znajomych chwaliło sobie, więc postanowiłam spróbować. Jest to zakup na dłużej, gdyż taka poduszka przyda się później w okresie karmienia piersią. Zajęła pół łóżka, ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że był to strzał w 10-tkę. Spało się o niebo lepiej!

Prócz standardowych badań krwi czy moczu w tym okresie należy wykonać tzw. krzywą cukrową. Badanie to ma na celu wykryć czy ciężarna nie boryka się z cukrzycą ciążową. Wypicie glukozy nie było dla mnie jakimś wielkim problemem, ale bałam się wyniku. Niestety normy były przekroczone i musiałam od tej pory dodatkowo leczyć się w poradni diabetologicznej dla ciężarnych. Koniec zachcianek. Całe moje życie zaczęło kręcić się wokół glukometru, układania diety i testowania co mogę jeść, a czego nie. Mimo to wyniki dalej były nieprawidłowe. Byłam załamana. Były wakacje, a ja nie mogłam nawet zjeść loda... Czas mijał a cukry w moim organizmie wprost szalały. Mimo iż robiłam co mogłam, restrykcyjnie trzymając się zaleceń diabetologa, cukrzycy nie udało się pokonać.
Pod koniec drugiego trymestru trafiłam na oddział by nauczyć się podawać insulinę. Za wszelką cenę chciałam tego uniknąć i bałam się jak diabeł święconej wody, a okazało się, że nie jest to nic strasznego. Gorsze mogłyby być skutki zaniedbania. Przy okazji poznałam kilka świetnych przyszłych mam, które miały większe doświadczenie w temacie cukrzycy ciążowej i dały mi kilka rad jak okiełznać „tę francę”. O szczegółach cukrzycy może jednak innym razem...

Dieta cukrzycowa miała jednak swoje pozytywne skutki. Dziecko rosło jak trzeba, a waga leciała w dół. Ostatecznie drugi trymestr zakończył się tylko 4kg na plusie.

Kiedy przyzwyczaiłam się do nowego trybu życia uświadomiłam sobie, że to już 26 tydzień ciąży czyli koniec drugiego trymestru, a ja nie mam przygotowane kompletnie nic na nadejście nowego członka rodziny! W międzyczasie potwierdziło się, że będziemy mieli córeczkę, więc zaczęło się różowe szaleństwo. Zabrałam się za przeglądanie tego co mam po starszaku i zastanawianie co jeszcze muszę (a raczej chcę ;) ) kupić typowo "dziewczyńskiego", póki jeszcze jako tako się kulam.

Tak oto drugi trymestr przeszedł do historii i jesteśmy coraz bliżej rozwiązania. Chętnie poznam wasze wspomnienia z tego okresu ciąży :)

czwartek, 24 sierpnia 2017


Gdy na świecie ma pojawić się dziecko rodzice stają przed wieloma pytaniami.
Zastanawiają się między innymi czy posiadanie psa lub kota nie wpłynie negatywnie na dziecko;
czy uda nam się pogodzić rolę rodzica z opieką nad zwierzęciem; czy nie jest ono zagrożeniem...

Otoczenie często ma w tym temacie najwięcej do powiedzenia. Nierzadko straszą chorobami
i nakłaniają do oddania pupila lub od samego początku zniechęcają do zakupu.


Kiedy sama byłam małą dziewczynką, strasznie chciałam mieć zwierzątko. Mieszkaliśmy jednak
na 4 piętrze w bloku i rodzice uważali, że będzie to tylko kłopot. Dopiero kiedy dorosłam na tyle,
by móc samodzielnie zajmować się pupilem, spełnili wreszcie moje marzenie...


W naszym życiu zwierzęta pojawiały się zazwyczaj „przypadkiem”. Nie planowaliśmy zakupu psa ani kota,
a jednak mamy ich kilka. Jednego kotka przywiozła nam znajoma z jakiejś trasy. Wskoczył jej do auta, a ona prosiła czy nie podjęlibyśmy się opieki, bo sama ma już kilka swoich. Drugi przypałętał się wychudzony i... tak już został.
Pies natomiast został przez nas adoptowany od znajomych, którzy ze względu na wyjazd za granicę, byli zmuszeni oddać go do schroniska, a my nie mogliśmy na to pozwolić.


Wróćmy jednak do pytania w tytule posta: Czy warto wychowywać dzieci razem ze zwierzętami?
Znajdą się zwolennicy i przeciwnicy, poniżej zabrałam jednak kilka ważnych argumentów na to,
że wspólne życie dziecka i zwierzaka niesie za sobą niezwykle dużo korzyści, które zaprocentują
w przyszłości:
  1. Przyjaciel
    Dziecko które wychowuje się ze zwierzęciem uczy się przede wszystkim nawiązywać relacje. Zyskuje kompana do zabawy, może się do niego przytulić, kiedy jest mu smutno, a nawet powierzać mu swoje sekrety – na pewno nikomu nie wygada. Gdy mama jest zajęta np. robieniem obiadu,
    a nikogo innego nie ma w domu, czworonożny kumpel jest idealnym towarzyszem. Można się położyć w jego posłaniu i powygłupiać. Razem po prostu jest raźniej.
    Taki przyjaciel nigdy nie zawiedzie, nie odejdzie, będzie bronił i stał przy boku dziecka całe swoje życie.

  2. Ruch
    Zarówno dziecko jak i zwierzę potrzebują ruchu. Mogą się ganiać wzajemnie po podwórku, razem biegać po trawie czy grać w piłkę. Konieczność wyprowadzenia psa na spacer motywuje do spędzenia czasu na świeżym powietrzu zamiast np. przez telewizorem.

  3. Empatia i inne uczucia
    Dziecko mając pod opieką psa czy kota uczy się empatii, tolerancji, wrażliwości...
    Nie raz widziałam jak Szkrab podchodzi do psa leżącego w posłaniu i pyta czy nie jest mu smutno. Dzieli się z nim swoimi pluszakami, żeby miał swoją przytulankę, mimo iż wie, że po jednym dniu zostaną z niej strzępy. Częstuje też psimi smakołykami na poprawę humoru :) Wie, że na świecie są też inni, którzy potrzebują opieki i czasu.
    To przekłada się również na kontakty z innymi ludźmi. 

  4. Szacunek do zwierząt
    Maluch, który na co dzień obcuje ze zwierzętami zdaje sobie sprawę, że są to żywe istoty, które tak jak my odczuwają ból. Wie, że nie są to zabawki i należy je dobrze traktować. Mamy okazję nauczyć go jak opiekować się zwierzątkiem, by nie sprawić mu krzywdy. 

  5. Odpowiedzialność
    Mając w domu pupila, warto powierzyć nieco starszemu dziecku jeden z obowiązków opieki nad nim. U nas jest to np. nasypywanie karmy do miski. Szkrab dba o to by miska była pełna gdy on sam idzie na śniadanie czy obiadek. Dzięki temu uczy się odpowiedzialności i sumienności. Zdaje sobie sprawę, że jego czyny mają wpływ nie tylko na niego samego oraz, że posiadanie zwierzęcia to nie tylko przyjemności, ale dużo obowiązków.

  6. Odporność
    Dzięki kontaktowi z brudem i bakteriami dziecko kształtuje swoją odporność. Podobno amerykańskie badania wykazały, że takie dzieci są również mniej podatne na alergie i astmę niż te chowane w sterylnych warunkach. Oczywiście należy dbać o higienę zarówno zwierzęcia jak
    i dziecka. 

  7. Radzenie sobie z utratą kogoś bliskiego
    To niezbyt przyjemny, ale bardzo ważny aspekt. Niestety czworonogi żyją znacznie krócej niż ludzie. Decydując się na zwierzę musimy mieć świadomość, że nasze dziecko będzie najprawdopodobniej musiało w przyszłości zmierzyć się z jego odejściem. Będzie musiało poradzić sobie ze stratą ukochanego przyjaciela, jednak dzięki temu [i odpowiednim rozmowom] zrozumie, że śmierć jest czymś naturalnym i czeka każdego z nas.

  8. Terapia
    Czworonożny przyjaciel może być doskonałym terapeutą. Nie od dziś wiadomo, że obcowanie ze zwierzętami łagodzi stres. Zwierzęta wspierają również rehabilitację osób niepełnosprawnych ruchowo czy intelektualnie, chorych na zaburzenia afektywne, fobie, nerwice. Sprawdzają się w leczeniu autyzmu czy schizofrenii.

[Skupiłam się tu głównie na psach lub kotach, ale równie dobrze może to być królik, chomik czy nawet jakiś bardziej egzotyczny gatunek.]


Zdaje sobie sprawę, że są również minusy posiadania w domu zwierzęcia...
Szczególnie na początku może ono narobić w domu dużo szkód, będziemy niejednokrotnie narzekać na sprzątanie po nim, a kanapa pokryje się sierścią. Nie ma co liczyć również na to, że kilkulatek będzie sam się nim opiekował, a więc stracimy mnóstwo czasu i pieniędzy by zapewnić mu należytą opiekę.

Zależy co dla kogo jest ważne. Moim zdaniem warto dla tych wszystkich plusów powyżej przymknąć czasem oko na te mniej przyjemne aspekty. Nie raz przeklinam psa za wszechobecną sierść, ale nie oddałabym go za żadne skarby.


Jeśli posiadacie już w domu zwierzątko, to nie oddawajcie go nigdzie ze względu na malucha, naprawdę nie warto. Zadbane zwierze nie stanowi zagrożenia. Pamiętajmy, że jest to również członek naszej rodziny.

Jeżeli stoicie natomiast przed decyzją zakupu, być może mój wpis was przekona. Przemyślcie również wizytę w schronisku i adopcję pupila.


Macie coś do dodania? Chętnie poznam również Wasze zdanie w tym temacie.
Zapraszam do dyskusji.

Może podzielicie się z innymi swoimi historiami ze zwierzątkiem w roli głównej?







wtorek, 20 czerwca 2017


Od kilku dni chodziłam jak na szpilkach. Wewnątrz coś przeczuwałam, ale zwyczajnie bałam się zrobić test ciążowy. W końcu się odważyłam i 20 marca zobaczyłam upragnione dwie krechy. Ogromna radość mieszała się ze strachem. Jak to będzie? 
Od razu pobiegłam powiedzieć mężowi, ale zastrzegłam, że póki co nie dzielimy się tą informacją z szerszym gronem. „Nie wiadomo, jak to będzie”... Wolałam nie popadać w przesadną euforię, żeby później się nie rozczarować. Z moich obliczeń wynikało, że to ok.5 tydzień. Na wizytę u lekarza trzeba było jeszcze trochę poczekać.

Nie wytrzymałam zbyt długo. Niecałe trzy tygodnie później przebierając nogami czekałam na wizytę lekarską. Czułam się okropnie i powtarzałam sobie, że to dobry objaw. Widać, że mały człowiek, który we mnie zamieszkał, daje właśnie o sobie znać. To samo powiedział lekarz. Co prawda ten „mały człowiek” był zaledwie małą kropką na ekranie, ale wyglądało na to, że ma się dobrze. Mamy 6 tydzień ciąży. Na moim telefonie pojawiła się aplikacja, która na bieżąco informuje mnie co się dzieje w maleństwem. Ciekawy gadżet, którego w pierwszej ciąży nie miałam okazji przetestować.

Podczas gdy „ktoś” w moim brzuchu urządzał się na dobre, mój organizm zaczął odmawiać posłuszeństwa. Mniej więcej od 7 tygodnia ciąży byłam nie do życia. Zaczęły się pojawiać wszystkie przykre dolegliwości opisywane w poradnikach dla mam. Tyle, że „poranne mdłości” ciągnęły się zazwyczaj do wieczora. Wszelkie próby zjedzenia czegokolwiek kończyły się wymiotami. Hormony najwyraźniej urządzały sobie niezłą balangę, a ja codziennie ledwo zwlekałam się z łóżka, by wyszykować szkraba do przedszkola. Wożenie przejął tatuś, bo ja na samą myśl o wsiadaniu do auta biegłam do łazienki. Wiecznie byłam zmęczona i najchętniej w ogóle nie wychodziłabym z łóżka. Wrażliwość na zapachy stała się nie do zniesienia. Nie mogłam spokojnie wchodzić do kuchni. O gotowaniu obiadu nie było mowy. Każdego dnia wstawałam z nadzieją, że będzie lepiej, jednak scenariusz się powtarzał. Z czasem dołączył wariujący pęcherz. Zastanawiałam się czy na stałe nie zamieszkać w łazience, nie musiałabym wtedy biegać do niej co pięć minut. Miałam wyrzuty sumienia, że zaniedbuję Szkraba, ale czasem zwyczajnie nie miałam siły na zabawy.

To był najwyższy czas na poinformowanie syna, że w naszym domu za kilka miesięcy pojawi się ktoś jeszcze. Dzieci są bystre, widać było, że on czegoś się domyśla. Radość była ogromna. Okazało się, że w przedszkolu już dawno powiedział, że będzie miał brata (tak brata – bo tylko taki scenariusz przyjmował do wiadomości). Chyba wiedział szybciej niż my. Pozostało więc jak najlepiej przygotować go do nadchodzących zmian... Dowiedzieli się też najbliżsi.

Przed kolejną wizytą lekarską czekał mnie pakiet badań. Prócz tych podstawowych należało sprawdzić obecność przeciwciał kilku groźnych wirusów. Obawiałam się oddania tylu fiolek krwi, ale obyło się bez omdlenia. Wyniki też były ok. Na moje szczęście nieprzyjemne wymioty powoli ustępowały, bo w przeciwnym wypadku groziłby mi szpital. Tutaj nie ma żartów. Może dojść do odwodnienia a to zagraża i dziecku i matce.

Piersi i brzuch zaczęły widocznie się powiększać. Apetyt stawał się z dnia na dzień coraz większy. Zaczęłam dosłownie pochłaniać serki typu grani. Mogłam jeść nawet kilka kubeczków dziennie. Wapnia mi na pewno nie brakowało. W sklepie sięgałam po produktu za którymi zupełnie nie oglądałam się wcześniej. Zawitała do mnie również zgaga. Musiałam jeść mało, a często. Kiedy powróciły siły trzeba było również odgruzować mieszkanie, które przez ostatnie tygodnie nie należało do zadbanych.

Kolejnym krokiem ok.12 tygodnia ciąży było tzw. USG genetyczne. Za namową lekarza postanowiliśmy wykonać je na aparacie USG 4D. Dzięki temu nie tylko zobaczyliśmy o wiele lepszy obraz naszego potomka, ale również dostaliśmy na pamiątkę filmik, który później obejrzeliśmy ze Starszakiem w domu. Zadziwiające jest to, że już na tym etapie fasolka wygląda całkiem jak mały człowiek. To było wspaniałe przeżycie, a co najważniejsze potwierdziły, że wszystko rozwija się prawidłowo.

Był to mój ulubiony, pachnący bzami miesiąc maj. Zaledwie rok temu o tej samej porze braliśmy ślub. A teraz? Kończył się pierwszy trymestr mojej drugiej ciąży.
Nie było łatwo, ale daliśmy radę. Nagły zastrzyk energii dał mi siłę do działania. Czułam się o wiele lepiej.
Najbliżsi już wiedzieli o moim odmiennym stanie. Radość rozpierała mnie od środka i czułam, że muszę podzielić się tą nowiną ze światem. Coraz więcej osób z naszego otoczenia mogło cieszyć się razem z nami.

poniedziałek, 22 maja 2017



Po moich wcześniejszych doświadczeniach (o których pisałam tutaj) długo zastanawiałam się czy i ewentualnie kiedy mogę ogłosić światu tą radosną nowinę. Kiedy zobaczyłam na teście upragnione dwie kreski miałam ochotę od razu wybiec z domu i informować o tym przechodniów. Jednak się powstrzymałam. Postanowiłam tym razem być bardziej ostrożna...

Rodzina wie już od jakiegoś czasu, pora więc zdradzić tę tajemnicę innym. Zostaniemy rodzicami po raz drugi! Fasolka rośnie jak na drożdżach. Minął już prawie pierwszy trymestr, uznałam więc, że nadszedł czas. Tym bardziej, że dokładnie rok temu wzięliśmy ślub, a dziś chodzę dumnie z zaokrąglonym brzuszkiem. Ostatnio zaliczyliśmy USG 4d i mogliśmy zobaczyć już maleńkiego człowieka!

Początki ciąży nie były łatwe (o pierwszym trymestrze drugiej ciąży chcę Wam napisać jeszcze w innym poście). W końcu dotarliśmy jednak do etapu, w którym sądzę, że możemy już spokojnie wyczekiwać.

Szkrab odkąd się dowiedział jest bardzo podekscytowany. Zresztą zanim jeszcze byłam w ciąży ubzdurał sobie, że będzie miał braciszka i opowiadał o tym na prawo i lewo. Powoli dociera do niego, że niekoniecznie będzie to chłopiec, mimo to nie może się doczekać. 

Pożyjemy zobaczymy. Oczywiście zdarza mi się usłyszeć od innych: „Teraz fajnie jakby była dziewczynka, co?” Sama jednak nie mam takiego podejścia.  Jeśli już to tatuś liczy na córeczkę
Najważniejsze jednak aby zdrowie nas nie opuszczało.

Trzymajcie za nas kciuki!