środa, 15 listopada 2017



Zacznę od tego, że do swojego pierwszego porodu jechałam z wielką torbą podróżną. Miałam tam dosłownie wszystko. Położna która mnie przyjmowała złapała się za głowę i powiedziała, że nas z tym bagażem nie wpuści, bo zajmiemy pół sali porodowej. Na szybko wyjmowałam tylko najpotrzebniejsze rzeczy jak ręcznik, kosmetyczkę i wodę.
Reszta czekała w samochodzie aż urodzę.

Tym razem mam zamiar zapakować rzeczy naprawdę niezbędne.
Tylko skąd wiedzieć co się przyda a co nie?

Bardzo dużo zależy od szpitala w którym zdecydujemy się rodzić. Na stronie internetowej najczęściej podane jest co powinniśmy zabrać, a co szpital zapewnia rodzącej i dziecku ze swojej strony. Warto wcześniej się w tym zorientować, by nie zajmować miejsca niepotrzebnymi rzeczami.

Po pierwsze do porodu bierzemy tylko rzeczy związane z nim samym a nie np. ubrania na wyjście. Na to przyjdzie czas!
Jeśli obawiasz się, że partner weźmie nie to co trzeba, zapakuj drugą torbę, którą ktoś przywiezie Ci na wypis ze szpitala do której włożysz ubrania dla siebie i dziecka.
Ja osobiście ubranka zapakowałam w siatkę i włożyłam do fotelika dla dziecka. Tego nie zapomni na bank :)

Sale porodowe zazwyczaj nie są duże a momentami znajduje się w nich nawet 4-5 osób, ważne by Twoja torba była jak najmniejsza i nie zawadzała nikomu pod nogami.

Oto lista rzeczy, których nie może zabraknąć :

I – PORÓD

  1. Dokumenty : dowód osobisty, karta ciąży, wyniki badań, wypisy ze szpitala jeśli podczas ciąży była konieczność hospitalizacji, NIP zakładu pracy, plan porodowy (jeśli czujecie taką potrzebę)
  2. Woda : najlepiej kilka mniejszych butelkach z ustnikiem
  3. Koszula do porodu – taka której nie będzie ci żal poplamić (chyba, że szpital zapewnia swoje, bo tak się coraz częściej zdarza)
  4. Kosmetyczka z niezbędnymi przyborami higienicznymi w tym koniecznie: pomadka ochronna, mały ręcznik do robienia okładów, delikatny płyn do higieny intymnej po porodzie [lub Tantum Rosa], ręcznik papierowy, nawilżane chusteczki.
  5. Ciepłe skarpety – możesz mieć momenty kiedy będzie ci bardzo gorąco lub zimno.
  6. Obuwie na zmianę – jakieś kapcie ale może niekoniecznie puchowe bambosze z jednorożcem
  7. Telefon + ładowarka – najlepiej wgrać sobie do niego ulubioną muzykę, przyda się również do pierwszych zdjęć nowego członka rodziny
  8. Przekąska która doda sił po porodzie – np. czekolada

II- PO PORODZIE
(możesz zapakować te rzeczy w drugą torbę i poprosić o dowiezienie po „akcji” lub zostawić w samochodzie. Jeśli jednak wybrałaś poród rodzinny i nie ma kto ich dowieźć weź ze sobą od razu)

  1. Koszula oraz stanik odpowiednie do karmienia piersią + wkładki laktacyjne
  2. Laktator oraz pojemniki do przechowywania pokarmu (jeśli posiadasz weź swój, jeśli nie szpital najprawdopodobniej udostępnia swój w razie nawału. Ja w pierwszy raz nie miałam takich pojemników i kazano mi wylać odciągnięte mleko!)
  3. Siateczkowe majtki poporodowe – kilka par (opinie są różne mi osobiście bardzo się przydały)
  4. Ręcznik kąpielowy + mniejszy do rąk
  5. Klapki pod prysznic
  6. Kubek i sztućce
  7. Książka którą od dawna chciałaś przeczytać lub poradnik dla mam ;)
  8. Nawilżane chusteczki dla niemowląt (warto poczytać o składzie i wybrać , te które mają naprawdę dobry a niekoniecznie są „renomowanej” firmy)
  9. Rękawiczki „niedrapki” dla dziecka (są różne "szkoły", być może się nie przydadzą, ale są na tyle małe, że nie zaszkodzi zapakować)

Rzeczy moim zdaniem zbędne to:
  • puchowy szlafrok który zajmie pół torby;
  • artykuły higieniczne typu podkłady oraz podpaski poporodowe - jeśli zapewnia je szpital, nie warto brać swoich, przydadzą się też później w domu;
  • pampersy - w pierwszych dobach życia korzysta się raczej z pieluch tetrowych by lepiej zaobserwować to co i kiedy wydala noworodek, kilka jednorazówek znajdzie się też najpewniej w pudełku z próbkami jakie otrzymuje mama w prezencie;
  • specjalna poduszka do siadania po porodzie - miałam nacinane krocze i dało radę bez tego, ale jak wiadomo każdy przechodzi to inaczej ;)
  • ubranka dla dziecka oraz kocyk/rożek na czas pobytu w szpitalu - zazwyczaj zapewnia je szpital, ale trzeba dopytać o to wcześniej, nie polecam brania swoich by nie przynosić na nich niepotrzebnie szpitalnych bakterii;
  • kosmetyki dla dziecka – jak wyżej, szpital dysponuje swoimi i zazwyczaj to położne zajmują się pielęgnacją noworodka w pierwszych dobach;
  • smoczek, butelki do mleka modyfikowanego – jeśli zajdzie taka konieczność szpital ma swoje, a po co zakładać porażkę
Moja rada: Jeśli macie taką możliwość, bierzcie torbę na kółkach. Jak można ułatwiać sobie życie, to czemu tego nie robić!

Takich list znajdziecie mnóstwo w internecie oraz wszelkich poradnikach które otrzymuje się na szkołach rodzenia czy w gabinetach lekarskich przed porodem.
Ta lista jest oczywiście bardzo subiektywna. Trzeba ją dostosować do siebie. Ja pisałam ją na podstawie moich doświadczeń oraz tego co oferuje mój szpital, być może dla kogoś będzie pomocna. Przy okazji sprawdziłam, czy w mojej torbie wszystko na pewno jest na swoim miejscu ;)


Jeśli Waszym zdaniem pominęłam coś ważnego lub wymieniłam same niepotrzebne rzeczy, koniecznie dajcie znać w komentarzu :)

sobota, 28 października 2017



Dzieci uwielbiają eksperymenty, to wie każdy!

Szkrab bardzo lubi oglądać tego typu zabawy, a jeszcze bardziej wykonywać je samodzielnie.
Weekend to najlepszy czas by zrobić z dzieckiem coś innego niż zwykle.


Erupcja wulkanu? Nic prostszego.
Przepis na to doświadczenie Antek przyniósł z przedszkola i to właściwie on pokazał je mi, a nie odwrotnie. A wiecie co jest w tym najfajniejsze? Składniki bez problemu znajdziecie w swoim domu, nie trzeba kupować jakiś specjalnych chemikaliów czy czegoś podobnego.


Aby wykonać ten eksperyment potrzebujemy:
- dużej plastikowej miski
- wysokiego wąskiego naczynia (np. wazon, szklanka itp.)
- wody
- sody oczyszczonej
- octu
- farb (jeżeli chcecie by wasz wulkan był kolorowy


Naczynie wkładamy do miski by uchronić się przed rozlaniem. Zalewamy do połowy wodą. Barwimy ulubionym kolorem farby jeśli mamy na to ochotę. Wsypujemy 2 łyżki sody, a następnie dolewamy octu. I gotowe. Wulkan wybucha!
Emocje gwarantowane :)
Aby zabawa trwała dłużej my wybieraliśmy kolejny kolor, znów barwiliśmy, dosypywaliśmy trochę sody, dolewaliśmy octu i ponownie obserwowaliśmy co się dzieje.

Zobaczcie sami:










czwartek, 26 października 2017



"Ciąża to nie choroba!"
Która z ciężarnych nie słyszała choć raz tego tekstu... Niby wszystko się zgadza, ale... czy aby na pewno? Czy każda ciąża jest taka sama? Jak można wypowiadać się nie znając konkretnego przypadku? Ano właśnie...

Kontrowersje już na samym początku budzi fakt przechodzenia na L4. Przecież kiedyś kobiety z brzuchem w polu pracowały do 9 miesiąca i było dobrze. Być może i tak, ale czasy się zmieniają! Jeżeli jest taka możliwość to czemu nie skorzystać?
Czy wiemy jak ciężkie mogą być pierwsze tygodnie ciąży? Jak można wysiedzieć w pracy kiedy każdy zapach powoduje mdłości? Brzucha może jeszcze nie widać, ale pierwszy trymestr bywa tak dokuczliwy, że człowiek nie ma siły wstać z łóżka, albo co gorsza większą część dnia spędza się przytulając muszlę. [O moich początkach możecie przeczytać TU]. Pół biedy jeśli jest to praca siedząca, a co z fizyczną? Narażać zdrowie dziecka, w obawie przed szefem czy współpracownikami? Może sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana i od początku ciąża jest zagrożona? Tego nikt nie wie, ale i tak komentarzom nie ma końca.

Na szczęście mamy takie czasy, że medycyna jest wysoko rozwinięta. Wielu chorobom można zapobiec, tylko do tego potrzebne są badania. W ciąży należy więc się zaprzyjaźnić z pobieraniem krwi. Niby nie taki diabeł straszny, ale kolejki w laboratorium potrafią zwalić z nóg. No tak, przecież ciężarna "siedzi na zwolnieniu" to ma czas, nigdzie się jej nie spieszy.
A to, że być może ciężko jej wysiedzieć na czczo? Albo stać z ogromnym brzuchem? Kogo to obchodzi!
Na ścianie często wisi ogromny plakat, że ciężarne wchodzą bez kolejki, ale skomentować jeden z drugim i tak nie omieszka. Wydawać by się mogło, że najbardziej wyrozumiałe będą te, co mają to za sobą, ale nic bardziej mylnego. Starsze kobiety narzekają, bo przecież za ich czasów czegoś takiego nie było. Poza tym im też się pierwszeństwo należy, bo swoje już w kolejkach wystały. Kobiety w średnim wieku: bo one też były w ciąży [najczęściej nie powikłanej!] i wtedy ich nikt nie przepuszczał. Rzadziej odezwie się jakiś mężczyzna, że z jakiej racji on ma cierpieć jak to nie jego sprawka...

Komunikacja miejska to kolejne miejsce gdzie "ciężarówkom" nie trudno o kłopoty. Czasem zwyczajnie trzeba gdzieś dojechać, może odebrać starszaka z przedszkola czy zrobić zakupy na obiad. Stanie w zatłoczonym autobusie to nie tylko dyskomfort, to może być poważne zagrożenie dla zdrowia i życia dziecka. Zastanawialiście się kiedyś co się może stać gdy autobus gwałtownie zahamuje a stojąca kobieta przewróci się prosto na brzuch [fizyka się kłania!].

Zakupy... To temat rzeka. No bo przecież, "jak taka biedna i stać nie może to czemu męża do sklepu nie wyśle? Nie ma co robić tylko się po sklepach włóczyć? Po Ikei godzinę chodzić może a później w kolejkę się wpycha bo taka zmęczona!" Niestety takie komentarze czytałam kiedyś pod internetową dyskusją na temat przepuszczania w kolejce. Wierzyć się nie chce!
Rozumiem, że ciężarne jeść nie muszą, a obiad zrobi się sam?! Poza tym nie każda ma męża  czy kogokolwiek innego do pomocy, albo mąż ten pracuje całymi dniami a lodówkę zaopatrzyć trzeba. Trzeba też skompletować wyprawkę dla nowego członka rodziny, to się samo nie zrobi. A szkoda...
Zrobienie podstawowych zakupów to kilkanaście minut, ale później stanie w kolejce to przynajmniej drugie tyle. Opuchnięte nogi odmawiają posłuszeństwa już po kilka minutach, a co dalej?

Takie przykłady można by mnożyć w nieskończoność... Zawsze chodzi jednak o to samo. Ciężarne są dla otoczenia jakby niewidoczne. Lepiej odwrócić się w drugą stronę, wbić wzrok w telefon i udawać, że się nie widzi niż w jakikolwiek sposób zareagować.
Dla ciebie przepuszczenie w kolejce czy ustąpienie miejsca to drobny gest, wykazanie się odrobiną empatii względem drugiej osoby, a dla niej to często niesamowita ulga.

Na szczęście bywają też tacy, co nie tylko pomogą, ale zmobilizują innych do działania i to się chwali. Od mojej pierwszej ciąży minęło kilka lat i mam wrażenie, że powoli coś się zmienia. Wciąż jednak takich ludzi jest zbyt mało, zbyt rzadko się o tym mówi i kobiety muszą same walczyć o to, co powinno być nie tylko przywilejem, ale ich świętym prawem! W niektórych miejscach pierwszeństwo gwarantuje prawo, ale i to nie zawsze jest przestrzegane.

Każda ciąża jest inna. Sama mam porównanie i oba przypadki u mnie są całkowicie różne!
Niektóre kobiety mogą spokojnie pracować, uprawiać sport i co tylko im się zamarzy. Ciąża nie wpływa na nie w żaden niekorzystny sposób. Super. Niestety są również takie, które borykają się z przeróżnymi dolegliwościami albo wręcz miesiącami leżą by donosić maleństwo przez te 9 miesięcy.


Ostatnia sytuacja, która spotkała mnie samą, a którą opisywałam na swoim profilu facebookowym i dyskusja jaka się po nią wywiązała, natchnęła mnie do stworzenia tego wpisu.
Nie tylko ja mam podobne odczucia...


Mam głęboką nadzieję, że ktoś przeczyta to i choć chwilkę się zastanowi zanim następnym razem użyje zbyt wielu słów lub zwyczajnie odwróci głowę na widok kobiety w ciąży.

A do Was drogie panie mam jedną prośbę, nie wstydźcie się prosić o pomoc, ustąpienie miejsca czy pierwszeństwo!


Jest taka akcja - www.kolejkowarewolucja.pl jeśli możecie, nieście dalej w świat :)

poniedziałek, 2 października 2017



Znacie takie uczucie, że zjedlibyście coś słodkiego a pod ręką akurat nic nie ma?
Ja przez cukrzycę borykam się z nim non stop...
Nawet jeśli w domu są słodycze, ja nie mogę po nie sięgnąć.
Znalazłam więc pyszną alternatywę i chętnie podzielę się z Wami przepisem na pyszne ciasteczka twarogowe bez dodatku cukru.

Składniki na ciasto:
150g mąki pełnoziarnistej
125g sera twarogowego (pół kostki)
75g masła
żółtko

dodatkowo:
białko do posmarowania ciastek
1 średniej wielkości jabłko
cynamon
ewentualnie cukier puder do posypania

Wykonanie:
Piekarnik ustawiamy na 180'C i termoobieg. Jabłko obieramy i kroimy na plastry.
Wszystkie składniki (koniecznie w temperaturze pokojowej!) zagniatamy na gładkie ciasto. Rozwałkowujemy (uprzednio posypując mąką blat lub stolnicę) na grubość kilku milimetrów. Szklanką wycinamy kółka. Na każdym kółku układamy plasterek (lub pół plasterka jeżeli są zbyt duże) jabłka, posypujemy cynamonem i składamy na pół dociskając brzegi. Tak przygotowane ciastka smarujemy roztrzepanym białkiem. Układamy na blaszce na papierze do pieczenia i wkładamy do piekarnika na ok.20minut.
Po wyjęciu można posypać cukrem pudrem jeśli ktoś lubi bardziej słodko.

SMACZNEGO!

Ps. Ja idę zajadać :)


czwartek, 28 września 2017


Przyjmuje się, że drugi trymestr zaczyna się od 14 tygodnia ciąży. Po moich wszystkich dolegliwościach z początków ciąży (Wpis o tym jak przeżyłam pierwszy trymestr znajdziecie TUTAJ) czekałam na niego z utęsknieniem. Mówi się bowiem, że to taki „miesiąc miodowy ciąży”. Miałam nadzieję, że w końcu dostanę zastrzyk energii i nadrobię wszystkie zaległości... 

W tym wpisie dowiedzieć się możecie co MOŻE (ale nie musi) spotkać ciężarną w tym okresie. Są to moje osobiste przeżycia, a nie wpis medyczny. Pamiętajmy jednak, że każda ciąża jest inna! Bardziej szczegółowy opis tego co dzieje się z matką, oraz dzieckiem, a także jakie badania należy wykonać znajdziecie na wielu stronach internetowych poświęconych ciąży i rodzicielstwu.

Brzuszek stopniowo się powiększał. Mogłam już swobodnie jeść co popadnie i przyznaję, że ulegałam ciążowym zachciankom przez co waga również poszła w górę. Przyszedł czas na wymianę garderoby na ciążową i odstawienie na bok wszelkich obcisłych jeansów i tym podobnych ciuszków. Minęło uczucie zmęczenia, czułam się wręcz idealnie. Żeby jednak nie było tak cukierkowo pojawiły się nocna kurcze łydek. Mimo zwiększania dawki magnezu codziennie łapał mnie taki skurcz, że nie mogłam sobie z nim poradzić. Niechcący nastraszyłam męża krzycząc w nocy: Ała! Skurcz, bo przeraził się, że TO JUŻ :)

Około 18 tygodnia poczułam pierwsze ruchy dziecka. Podobno w drugiej ciąży dzieje się to szybciej. Może dlatego, że wiemy już czego można się spodziewać. Z początku nie miało to jednak nic wspólnego z popularnymi kopniakami a bardziej przypominało burczenie w brzuchu. Mąż śmiał się, że nie wiadomo czy to ruchy czy zwykłe gazy!

Mniej więcej w 20 tygodniu przyszedł czas na szczegółowe badanie usg tzw. połówkowe. Udaliśmy się na nie do bardziej wyspecjalizowanego gabinetu wyposażonego w aparat do USG 4D. Mimo iż w pierwszej ciąży również mieliśmy to badanie, było to wspaniałe przeżycie. Dzięki temu mamy wspaniałą pamiątkę w postaci filmu z wnętrza brzuszka. O mało co się tam nie rozpłakałam. Fasolka w moim brzuchu zaczynała wyglądać jak mały człowiek. Zazwyczaj na tym badaniu można potwierdzić płeć, jednak nasze maleństwo postanowiło jeszcze się nie ujawniać. Najważniejsze, że badanie nie wykazało żadnych nieprawidłowości.

Wraz z rosnącym brzuszkiem zaczynał się dyskomfort związany z napinającą się skórą. Zaczęłam bardziej zwracać uwagę na balsamowanie i natłuszczanie powiększających się części ciała. Wiadomo, że jeśli rozstępy mają się pojawić to i tak się pojawią, ale warto zadbać o to od samego początku.

Ktoś nieźle zaczynał się rozpychać przez co wizyty w toalecie stały się coraz częstsze. Zaczynałam się przyzwyczajać, że wszędzie gdzie idę najpierw lokalizuję toaletę, by nie mieć problemu w nagłym wypadku.

Znalezienie wygodnej pozycji do spania czy siedzenia stawało się coraz trudniejsze. Postanowiłam zainwestować w specjalną poduszkę dla ciężarnych. Nie korzystałam z niej nigdy wcześniej, ale dużo znajomych chwaliło sobie, więc postanowiłam spróbować. Jest to zakup na dłużej, gdyż taka poduszka przyda się później w okresie karmienia piersią. Zajęła pół łóżka, ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że był to strzał w 10-tkę. Spało się o niebo lepiej!

Prócz standardowych badań krwi czy moczu w tym okresie należy wykonać tzw. krzywą cukrową. Badanie to ma na celu wykryć czy ciężarna nie boryka się z cukrzycą ciążową. Wypicie glukozy nie było dla mnie jakimś wielkim problemem, ale bałam się wyniku. Niestety normy były przekroczone i musiałam od tej pory dodatkowo leczyć się w poradni diabetologicznej dla ciężarnych. Koniec zachcianek. Całe moje życie zaczęło kręcić się wokół glukometru, układania diety i testowania co mogę jeść, a czego nie. Mimo to wyniki dalej były nieprawidłowe. Byłam załamana. Były wakacje, a ja nie mogłam nawet zjeść loda... Czas mijał a cukry w moim organizmie wprost szalały. Mimo iż robiłam co mogłam, restrykcyjnie trzymając się zaleceń diabetologa, cukrzycy nie udało się pokonać.
Pod koniec drugiego trymestru trafiłam na oddział by nauczyć się podawać insulinę. Za wszelką cenę chciałam tego uniknąć i bałam się jak diabeł święconej wody, a okazało się, że nie jest to nic strasznego. Gorsze mogłyby być skutki zaniedbania. Przy okazji poznałam kilka świetnych przyszłych mam, które miały większe doświadczenie w temacie cukrzycy ciążowej i dały mi kilka rad jak okiełznać „tę francę”. O szczegółach cukrzycy może jednak innym razem...

Dieta cukrzycowa miała jednak swoje pozytywne skutki. Dziecko rosło jak trzeba, a waga leciała w dół. Ostatecznie drugi trymestr zakończył się tylko 4kg na plusie.

Kiedy przyzwyczaiłam się do nowego trybu życia uświadomiłam sobie, że to już 26 tydzień ciąży czyli koniec drugiego trymestru, a ja nie mam przygotowane kompletnie nic na nadejście nowego członka rodziny! W międzyczasie potwierdziło się, że będziemy mieli córeczkę, więc zaczęło się różowe szaleństwo. Zabrałam się za przeglądanie tego co mam po starszaku i zastanawianie co jeszcze muszę (a raczej chcę ;) ) kupić typowo "dziewczyńskiego", póki jeszcze jako tako się kulam.

Tak oto drugi trymestr przeszedł do historii i jesteśmy coraz bliżej rozwiązania. Chętnie poznam wasze wspomnienia z tego okresu ciąży :)