poniedziałek, 2 października 2017



Znacie takie uczucie, że zjedlibyście coś słodkiego a pod ręką akurat nic nie ma?
Ja przez cukrzycę borykam się z nim non stop...
Nawet jeśli w domu są słodycze, ja nie mogę po nie sięgnąć.
Znalazłam więc pyszną alternatywę i chętnie podzielę się z Wami przepisem na pyszne ciasteczka twarogowe bez dodatku cukru.

Składniki na ciasto:
150g mąki pełnoziarnistej
125g sera twarogowego (pół kostki)
75g masła
żółtko

dodatkowo:
białko do posmarowania ciastek
1 średniej wielkości jabłko
cynamon
ewentualnie cukier puder do posypania

Wykonanie:
Piekarnik ustawiamy na 180'C i termoobieg. Jabłko obieramy i kroimy na plastry.
Wszystkie składniki (koniecznie w temperaturze pokojowej!) zagniatamy na gładkie ciasto. Rozwałkowujemy (uprzednio posypując mąką blat lub stolnicę) na grubość kilku milimetrów. Szklanką wycinamy kółka. Na każdym kółku układamy plasterek (lub pół plasterka jeżeli są zbyt duże) jabłka, posypujemy cynamonem i składamy na pół dociskając brzegi. Tak przygotowane ciastka smarujemy roztrzepanym białkiem. Układamy na blaszce na papierze do pieczenia i wkładamy do piekarnika na ok.20minut.
Po wyjęciu można posypać cukrem pudrem jeśli ktoś lubi bardziej słodko.

SMACZNEGO!

Ps. Ja idę zajadać :)


czwartek, 28 września 2017


Przyjmuje się, że drugi trymestr zaczyna się od 14 tygodnia ciąży. Po moich wszystkich dolegliwościach z początków ciąży (Wpis o tym jak przeżyłam pierwszy trymestr znajdziecie TUTAJ) czekałam na niego z utęsknieniem. Mówi się bowiem, że to taki „miesiąc miodowy ciąży”. Miałam nadzieję, że w końcu dostanę zastrzyk energii i nadrobię wszystkie zaległości... 

W tym wpisie dowiedzieć się możecie co MOŻE (ale nie musi) spotkać ciężarną w tym okresie. Są to moje osobiste przeżycia, a nie wpis medyczny. Pamiętajmy jednak, że każda ciąża jest inna! Bardziej szczegółowy opis tego co dzieje się z matką, oraz dzieckiem, a także jakie badania należy wykonać znajdziecie na wielu stronach internetowych poświęconych ciąży i rodzicielstwu.

Brzuszek stopniowo się powiększał. Mogłam już swobodnie jeść co popadnie i przyznaję, że ulegałam ciążowym zachciankom przez co waga również poszła w górę. Przyszedł czas na wymianę garderoby na ciążową i odstawienie na bok wszelkich obcisłych jeansów i tym podobnych ciuszków. Minęło uczucie zmęczenia, czułam się wręcz idealnie. Żeby jednak nie było tak cukierkowo pojawiły się nocna kurcze łydek. Mimo zwiększania dawki magnezu codziennie łapał mnie taki skurcz, że nie mogłam sobie z nim poradzić. Niechcący nastraszyłam męża krzycząc w nocy: Ała! Skurcz, bo przeraził się, że TO JUŻ :)

Około 18 tygodnia poczułam pierwsze ruchy dziecka. Podobno w drugiej ciąży dzieje się to szybciej. Może dlatego, że wiemy już czego można się spodziewać. Z początku nie miało to jednak nic wspólnego z popularnymi kopniakami a bardziej przypominało burczenie w brzuchu. Mąż śmiał się, że nie wiadomo czy to ruchy czy zwykłe gazy!

Mniej więcej w 20 tygodniu przyszedł czas na szczegółowe badanie usg tzw. połówkowe. Udaliśmy się na nie do bardziej wyspecjalizowanego gabinetu wyposażonego w aparat do USG 4D. Mimo iż w pierwszej ciąży również mieliśmy to badanie, było to wspaniałe przeżycie. Dzięki temu mamy wspaniałą pamiątkę w postaci filmu z wnętrza brzuszka. O mało co się tam nie rozpłakałam. Fasolka w moim brzuchu zaczynała wyglądać jak mały człowiek. Zazwyczaj na tym badaniu można potwierdzić płeć, jednak nasze maleństwo postanowiło jeszcze się nie ujawniać. Najważniejsze, że badanie nie wykazało żadnych nieprawidłowości.

Wraz z rosnącym brzuszkiem zaczynał się dyskomfort związany z napinającą się skórą. Zaczęłam bardziej zwracać uwagę na balsamowanie i natłuszczanie powiększających się części ciała. Wiadomo, że jeśli rozstępy mają się pojawić to i tak się pojawią, ale warto zadbać o to od samego początku.

Ktoś nieźle zaczynał się rozpychać przez co wizyty w toalecie stały się coraz częstsze. Zaczynałam się przyzwyczajać, że wszędzie gdzie idę najpierw lokalizuję toaletę, by nie mieć problemu w nagłym wypadku.

Znalezienie wygodnej pozycji do spania czy siedzenia stawało się coraz trudniejsze. Postanowiłam zainwestować w specjalną poduszkę dla ciężarnych. Nie korzystałam z niej nigdy wcześniej, ale dużo znajomych chwaliło sobie, więc postanowiłam spróbować. Jest to zakup na dłużej, gdyż taka poduszka przyda się później w okresie karmienia piersią. Zajęła pół łóżka, ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że był to strzał w 10-tkę. Spało się o niebo lepiej!

Prócz standardowych badań krwi czy moczu w tym okresie należy wykonać tzw. krzywą cukrową. Badanie to ma na celu wykryć czy ciężarna nie boryka się z cukrzycą ciążową. Wypicie glukozy nie było dla mnie jakimś wielkim problemem, ale bałam się wyniku. Niestety normy były przekroczone i musiałam od tej pory dodatkowo leczyć się w poradni diabetologicznej dla ciężarnych. Koniec zachcianek. Całe moje życie zaczęło kręcić się wokół glukometru, układania diety i testowania co mogę jeść, a czego nie. Mimo to wyniki dalej były nieprawidłowe. Byłam załamana. Były wakacje, a ja nie mogłam nawet zjeść loda... Czas mijał a cukry w moim organizmie wprost szalały. Mimo iż robiłam co mogłam, restrykcyjnie trzymając się zaleceń diabetologa, cukrzycy nie udało się pokonać.
Pod koniec drugiego trymestru trafiłam na oddział by nauczyć się podawać insulinę. Za wszelką cenę chciałam tego uniknąć i bałam się jak diabeł święconej wody, a okazało się, że nie jest to nic strasznego. Gorsze mogłyby być skutki zaniedbania. Przy okazji poznałam kilka świetnych przyszłych mam, które miały większe doświadczenie w temacie cukrzycy ciążowej i dały mi kilka rad jak okiełznać „tę francę”. O szczegółach cukrzycy może jednak innym razem...

Dieta cukrzycowa miała jednak swoje pozytywne skutki. Dziecko rosło jak trzeba, a waga leciała w dół. Ostatecznie drugi trymestr zakończył się tylko 4kg na plusie.

Kiedy przyzwyczaiłam się do nowego trybu życia uświadomiłam sobie, że to już 26 tydzień ciąży czyli koniec drugiego trymestru, a ja nie mam przygotowane kompletnie nic na nadejście nowego członka rodziny! W międzyczasie potwierdziło się, że będziemy mieli córeczkę, więc zaczęło się różowe szaleństwo. Zabrałam się za przeglądanie tego co mam po starszaku i zastanawianie co jeszcze muszę (a raczej chcę ;) ) kupić typowo "dziewczyńskiego", póki jeszcze jako tako się kulam.

Tak oto drugi trymestr przeszedł do historii i jesteśmy coraz bliżej rozwiązania. Chętnie poznam wasze wspomnienia z tego okresu ciąży :)

czwartek, 24 sierpnia 2017


Gdy na świecie ma pojawić się dziecko rodzice stają przed wieloma pytaniami.
Zastanawiają się między innymi czy posiadanie psa lub kota nie wpłynie negatywnie na dziecko;
czy uda nam się pogodzić rolę rodzica z opieką nad zwierzęciem; czy nie jest ono zagrożeniem...

Otoczenie często ma w tym temacie najwięcej do powiedzenia. Nierzadko straszą chorobami
i nakłaniają do oddania pupila lub od samego początku zniechęcają do zakupu.


Kiedy sama byłam małą dziewczynką, strasznie chciałam mieć zwierzątko. Mieszkaliśmy jednak
na 4 piętrze w bloku i rodzice uważali, że będzie to tylko kłopot. Dopiero kiedy dorosłam na tyle,
by móc samodzielnie zajmować się pupilem, spełnili wreszcie moje marzenie...


W naszym życiu zwierzęta pojawiały się zazwyczaj „przypadkiem”. Nie planowaliśmy zakupu psa ani kota,
a jednak mamy ich kilka. Jednego kotka przywiozła nam znajoma z jakiejś trasy. Wskoczył jej do auta, a ona prosiła czy nie podjęlibyśmy się opieki, bo sama ma już kilka swoich. Drugi przypałętał się wychudzony i... tak już został.
Pies natomiast został przez nas adoptowany od znajomych, którzy ze względu na wyjazd za granicę, byli zmuszeni oddać go do schroniska, a my nie mogliśmy na to pozwolić.


Wróćmy jednak do pytania w tytule posta: Czy warto wychowywać dzieci razem ze zwierzętami?
Znajdą się zwolennicy i przeciwnicy, poniżej zabrałam jednak kilka ważnych argumentów na to,
że wspólne życie dziecka i zwierzaka niesie za sobą niezwykle dużo korzyści, które zaprocentują
w przyszłości:
  1. Przyjaciel
    Dziecko które wychowuje się ze zwierzęciem uczy się przede wszystkim nawiązywać relacje. Zyskuje kompana do zabawy, może się do niego przytulić, kiedy jest mu smutno, a nawet powierzać mu swoje sekrety – na pewno nikomu nie wygada. Gdy mama jest zajęta np. robieniem obiadu,
    a nikogo innego nie ma w domu, czworonożny kumpel jest idealnym towarzyszem. Można się położyć w jego posłaniu i powygłupiać. Razem po prostu jest raźniej.
    Taki przyjaciel nigdy nie zawiedzie, nie odejdzie, będzie bronił i stał przy boku dziecka całe swoje życie.

  2. Ruch
    Zarówno dziecko jak i zwierzę potrzebują ruchu. Mogą się ganiać wzajemnie po podwórku, razem biegać po trawie czy grać w piłkę. Konieczność wyprowadzenia psa na spacer motywuje do spędzenia czasu na świeżym powietrzu zamiast np. przez telewizorem.

  3. Empatia i inne uczucia
    Dziecko mając pod opieką psa czy kota uczy się empatii, tolerancji, wrażliwości...
    Nie raz widziałam jak Szkrab podchodzi do psa leżącego w posłaniu i pyta czy nie jest mu smutno. Dzieli się z nim swoimi pluszakami, żeby miał swoją przytulankę, mimo iż wie, że po jednym dniu zostaną z niej strzępy. Częstuje też psimi smakołykami na poprawę humoru :) Wie, że na świecie są też inni, którzy potrzebują opieki i czasu.
    To przekłada się również na kontakty z innymi ludźmi. 

  4. Szacunek do zwierząt
    Maluch, który na co dzień obcuje ze zwierzętami zdaje sobie sprawę, że są to żywe istoty, które tak jak my odczuwają ból. Wie, że nie są to zabawki i należy je dobrze traktować. Mamy okazję nauczyć go jak opiekować się zwierzątkiem, by nie sprawić mu krzywdy. 

  5. Odpowiedzialność
    Mając w domu pupila, warto powierzyć nieco starszemu dziecku jeden z obowiązków opieki nad nim. U nas jest to np. nasypywanie karmy do miski. Szkrab dba o to by miska była pełna gdy on sam idzie na śniadanie czy obiadek. Dzięki temu uczy się odpowiedzialności i sumienności. Zdaje sobie sprawę, że jego czyny mają wpływ nie tylko na niego samego oraz, że posiadanie zwierzęcia to nie tylko przyjemności, ale dużo obowiązków.

  6. Odporność
    Dzięki kontaktowi z brudem i bakteriami dziecko kształtuje swoją odporność. Podobno amerykańskie badania wykazały, że takie dzieci są również mniej podatne na alergie i astmę niż te chowane w sterylnych warunkach. Oczywiście należy dbać o higienę zarówno zwierzęcia jak
    i dziecka. 

  7. Radzenie sobie z utratą kogoś bliskiego
    To niezbyt przyjemny, ale bardzo ważny aspekt. Niestety czworonogi żyją znacznie krócej niż ludzie. Decydując się na zwierzę musimy mieć świadomość, że nasze dziecko będzie najprawdopodobniej musiało w przyszłości zmierzyć się z jego odejściem. Będzie musiało poradzić sobie ze stratą ukochanego przyjaciela, jednak dzięki temu [i odpowiednim rozmowom] zrozumie, że śmierć jest czymś naturalnym i czeka każdego z nas.

  8. Terapia
    Czworonożny przyjaciel może być doskonałym terapeutą. Nie od dziś wiadomo, że obcowanie ze zwierzętami łagodzi stres. Zwierzęta wspierają również rehabilitację osób niepełnosprawnych ruchowo czy intelektualnie, chorych na zaburzenia afektywne, fobie, nerwice. Sprawdzają się w leczeniu autyzmu czy schizofrenii.

[Skupiłam się tu głównie na psach lub kotach, ale równie dobrze może to być królik, chomik czy nawet jakiś bardziej egzotyczny gatunek.]


Zdaje sobie sprawę, że są również minusy posiadania w domu zwierzęcia...
Szczególnie na początku może ono narobić w domu dużo szkód, będziemy niejednokrotnie narzekać na sprzątanie po nim, a kanapa pokryje się sierścią. Nie ma co liczyć również na to, że kilkulatek będzie sam się nim opiekował, a więc stracimy mnóstwo czasu i pieniędzy by zapewnić mu należytą opiekę.

Zależy co dla kogo jest ważne. Moim zdaniem warto dla tych wszystkich plusów powyżej przymknąć czasem oko na te mniej przyjemne aspekty. Nie raz przeklinam psa za wszechobecną sierść, ale nie oddałabym go za żadne skarby.


Jeśli posiadacie już w domu zwierzątko, to nie oddawajcie go nigdzie ze względu na malucha, naprawdę nie warto. Zadbane zwierze nie stanowi zagrożenia. Pamiętajmy, że jest to również członek naszej rodziny.

Jeżeli stoicie natomiast przed decyzją zakupu, być może mój wpis was przekona. Przemyślcie również wizytę w schronisku i adopcję pupila.


Macie coś do dodania? Chętnie poznam również Wasze zdanie w tym temacie.
Zapraszam do dyskusji.

Może podzielicie się z innymi swoimi historiami ze zwierzątkiem w roli głównej?







wtorek, 20 czerwca 2017


Od kilku dni chodziłam jak na szpilkach. Wewnątrz coś przeczuwałam, ale zwyczajnie bałam się zrobić test ciążowy. W końcu się odważyłam i 20 marca zobaczyłam upragnione dwie krechy. Ogromna radość mieszała się ze strachem. Jak to będzie? 
Od razu pobiegłam powiedzieć mężowi, ale zastrzegłam, że póki co nie dzielimy się tą informacją z szerszym gronem. „Nie wiadomo, jak to będzie”... Wolałam nie popadać w przesadną euforię, żeby później się nie rozczarować. Z moich obliczeń wynikało, że to ok.5 tydzień. Na wizytę u lekarza trzeba było jeszcze trochę poczekać.

Nie wytrzymałam zbyt długo. Niecałe trzy tygodnie później przebierając nogami czekałam na wizytę lekarską. Czułam się okropnie i powtarzałam sobie, że to dobry objaw. Widać, że mały człowiek, który we mnie zamieszkał, daje właśnie o sobie znać. To samo powiedział lekarz. Co prawda ten „mały człowiek” był zaledwie małą kropką na ekranie, ale wyglądało na to, że ma się dobrze. Mamy 6 tydzień ciąży. Na moim telefonie pojawiła się aplikacja, która na bieżąco informuje mnie co się dzieje w maleństwem. Ciekawy gadżet, którego w pierwszej ciąży nie miałam okazji przetestować.

Podczas gdy „ktoś” w moim brzuchu urządzał się na dobre, mój organizm zaczął odmawiać posłuszeństwa. Mniej więcej od 7 tygodnia ciąży byłam nie do życia. Zaczęły się pojawiać wszystkie przykre dolegliwości opisywane w poradnikach dla mam. Tyle, że „poranne mdłości” ciągnęły się zazwyczaj do wieczora. Wszelkie próby zjedzenia czegokolwiek kończyły się wymiotami. Hormony najwyraźniej urządzały sobie niezłą balangę, a ja codziennie ledwo zwlekałam się z łóżka, by wyszykować szkraba do przedszkola. Wożenie przejął tatuś, bo ja na samą myśl o wsiadaniu do auta biegłam do łazienki. Wiecznie byłam zmęczona i najchętniej w ogóle nie wychodziłabym z łóżka. Wrażliwość na zapachy stała się nie do zniesienia. Nie mogłam spokojnie wchodzić do kuchni. O gotowaniu obiadu nie było mowy. Każdego dnia wstawałam z nadzieją, że będzie lepiej, jednak scenariusz się powtarzał. Z czasem dołączył wariujący pęcherz. Zastanawiałam się czy na stałe nie zamieszkać w łazience, nie musiałabym wtedy biegać do niej co pięć minut. Miałam wyrzuty sumienia, że zaniedbuję Szkraba, ale czasem zwyczajnie nie miałam siły na zabawy.

To był najwyższy czas na poinformowanie syna, że w naszym domu za kilka miesięcy pojawi się ktoś jeszcze. Dzieci są bystre, widać było, że on czegoś się domyśla. Radość była ogromna. Okazało się, że w przedszkolu już dawno powiedział, że będzie miał brata (tak brata – bo tylko taki scenariusz przyjmował do wiadomości). Chyba wiedział szybciej niż my. Pozostało więc jak najlepiej przygotować go do nadchodzących zmian... Dowiedzieli się też najbliżsi.

Przed kolejną wizytą lekarską czekał mnie pakiet badań. Prócz tych podstawowych należało sprawdzić obecność przeciwciał kilku groźnych wirusów. Obawiałam się oddania tylu fiolek krwi, ale obyło się bez omdlenia. Wyniki też były ok. Na moje szczęście nieprzyjemne wymioty powoli ustępowały, bo w przeciwnym wypadku groziłby mi szpital. Tutaj nie ma żartów. Może dojść do odwodnienia a to zagraża i dziecku i matce.

Piersi i brzuch zaczęły widocznie się powiększać. Apetyt stawał się z dnia na dzień coraz większy. Zaczęłam dosłownie pochłaniać serki typu grani. Mogłam jeść nawet kilka kubeczków dziennie. Wapnia mi na pewno nie brakowało. W sklepie sięgałam po produktu za którymi zupełnie nie oglądałam się wcześniej. Zawitała do mnie również zgaga. Musiałam jeść mało, a często. Kiedy powróciły siły trzeba było również odgruzować mieszkanie, które przez ostatnie tygodnie nie należało do zadbanych.

Kolejnym krokiem ok.12 tygodnia ciąży było tzw. USG genetyczne. Za namową lekarza postanowiliśmy wykonać je na aparacie USG 4D. Dzięki temu nie tylko zobaczyliśmy o wiele lepszy obraz naszego potomka, ale również dostaliśmy na pamiątkę filmik, który później obejrzeliśmy ze Starszakiem w domu. Zadziwiające jest to, że już na tym etapie fasolka wygląda całkiem jak mały człowiek. To było wspaniałe przeżycie, a co najważniejsze potwierdziły, że wszystko rozwija się prawidłowo.

Był to mój ulubiony, pachnący bzami miesiąc maj. Zaledwie rok temu o tej samej porze braliśmy ślub. A teraz? Kończył się pierwszy trymestr mojej drugiej ciąży.
Nie było łatwo, ale daliśmy radę. Nagły zastrzyk energii dał mi siłę do działania. Czułam się o wiele lepiej.
Najbliżsi już wiedzieli o moim odmiennym stanie. Radość rozpierała mnie od środka i czułam, że muszę podzielić się tą nowiną ze światem. Coraz więcej osób z naszego otoczenia mogło cieszyć się razem z nami.

poniedziałek, 22 maja 2017



Po moich wcześniejszych doświadczeniach (o których pisałam tutaj) długo zastanawiałam się czy i ewentualnie kiedy mogę ogłosić światu tą radosną nowinę. Kiedy zobaczyłam na teście upragnione dwie kreski miałam ochotę od razu wybiec z domu i informować o tym przechodniów. Jednak się powstrzymałam. Postanowiłam tym razem być bardziej ostrożna...

Rodzina wie już od jakiegoś czasu, pora więc zdradzić tę tajemnicę innym. Zostaniemy rodzicami po raz drugi! Fasolka rośnie jak na drożdżach. Minął już prawie pierwszy trymestr, uznałam więc, że nadszedł czas. Tym bardziej, że dokładnie rok temu wzięliśmy ślub, a dziś chodzę dumnie z zaokrąglonym brzuszkiem. Ostatnio zaliczyliśmy USG 4d i mogliśmy zobaczyć już maleńkiego człowieka!

Początki ciąży nie były łatwe (o pierwszym trymestrze drugiej ciąży chcę Wam napisać jeszcze w innym poście). W końcu dotarliśmy jednak do etapu, w którym sądzę, że możemy już spokojnie wyczekiwać.

Szkrab odkąd się dowiedział jest bardzo podekscytowany. Zresztą zanim jeszcze byłam w ciąży ubzdurał sobie, że będzie miał braciszka i opowiadał o tym na prawo i lewo. Powoli dociera do niego, że niekoniecznie będzie to chłopiec, mimo to nie może się doczekać. 

Pożyjemy zobaczymy. Oczywiście zdarza mi się usłyszeć od innych: „Teraz fajnie jakby była dziewczynka, co?” Sama jednak nie mam takiego podejścia.  Jeśli już to tatuś liczy na córeczkę
Najważniejsze jednak aby zdrowie nas nie opuszczało.

Trzymajcie za nas kciuki! 


poniedziałek, 8 maja 2017



Antek zaczął mówić dość wcześnie...
Od samego początku zadziwiał nas i całe otoczenie swoim słowotwórstwem oraz łatwością w uczeniu się nowych słów. Nie dość, że zastanawialiśmy się skąd je zna, to jeszcze zawsze umiał je użyć tak jak trzeba.
Na początku zapisywałam dziwne słowa, które tworzył, później zaczęłam notować całe dialogi. Bez wątpienia jest takim dzieckiem, które co tylko nie powie, zapada w pamięć.
Tego chłopaka ciężko przegadać, jestem przekonana, że pod tym względem na pewno poradzi sobie w życiu.

Dzisiaj dzielę się z Wami niektórymi dialogami. Te udało mi się zanotować, natomiast codziennie słyszę takie teksty, że dosłownie zrywam boki.


Spacer w mieście, mijamy budowę:
A: Mamo, a ten pracownik pali papieroska
Ja: No tak, nieładnie
A: I siedzi na cegłach
Ja: yyy... pewnie mu zimno
A: Tak się nie robi, ale głuptasek z niego, bardzo głuptasek


Stoimy w sklepie rozmawiam z pewną znajomą z dzieckiem
A: Mamo, a ten chłopiec nie umie mówić
Ja: Na pewno umie, tylko się wstydzi
A: Wstydzi się? A dlaczego?


A: Mamo dasz mi przysmołyk?
Ja: Yyy.. co?
A: No przysmak albo smakołyk jakiś...


A:Mamo, zrobimy babeczki?
Ja: Ok, możemy zrobić, a pomożesz mi?
A: Tak: Ja będę piekarzem a ty piekarniczką


Malujemy obrazki, a następnie podziwiamy nasze dzieła:
Ja: Ładny namalowałam obrazek?
A: Ładny, ale ta dziura tu na środku nie jest ładna
Ja: Ale ja tego nie zrobiłam!
A: No oczywiście, że ja


Innym razem przy malowaniu:
A: Mamo, czy ładny obrazek namalowałem?
Ja: No śliczny
A: A ja, jestem ładny?


Big and smal... Antek powtarza wracając z przedszkola
A: Wiesz mamo niektóre domy są big a inne small.
Ja: Tak samo jak ludzie.Np. Ja jestem big, a ty small...
A: Nieee mamo, ty jesteś średnia. Tata jest big a ja small


Jedziemy samochodem, obok Antka leży reklamówka
A: Co to?
Ja: Małe wieszaki, na ubranka dla ciebie
A: Ale ja nie chciałem, żebyś mi takie wieszaki kupowała
Ja: Ok, ale ja dostałam je od jednej pani, za darmo
A: robi wielkie oczy, Mamo, a ty nie wiesz, że nie ma nic za darmo?


W drodze do przedszkola. Jedziemy autem, Antoś rozgląda się przez szybę...
-Mamo patrz, lampki!
-Gdzie?
- No widziałem świecące lampki!
- Dobrze... Ja nie zauważyłam
- Może ktoś zapomniał zdjąć, bo już dawno nie ma świąt... Ło jejciu co za głuptasy.



Antoś opowiada co robił w przedszkolu
A: Bawiliśmy się w piratów, X był kapitanem a ja łyszynem
Ja: Kim?
No łyszynem
Ja: nie znam takiego pirata
A: No ale taki jest
Ja: Ok, a jak on wygląda?
A: No jest taki łyszy czyli nie ma włosów!


Segregujemy ubrania do prania
Ja: tutaj kładziemy kolory, tu czarne, tu białe
Antek (łapie stanik i pyta): A podkładki pod cycuchy gdzie?


A: Mogę pokroić jabłko, mogę?
Ja (nauczona doświadczeniem): A masz na nie ochotę, zjesz je później?
A: Taaak
Ja: A nie trzeba najpierw obrać? Lubisz takie ze skórą?
A: Tak, lubiem
Ja (pod nosem): Ciekawe od kiedy
A (z drugiego pokoju): od teraz!


Co jakiś czas widzę, że nowy miś ląduje w posłaniu psa
Ja: Antek pies ma twoją foczkę, zabierz mu proszę bo ci pogryzie
A: Mamo, ale on musi mieć jakiś przyjaciół


Ja: Kocham Cię synek
A: Ja też cię kocham Mamo
Ja: No to super
A: Ale wczoraj cię nie kochałem, wiesz?
Ja: Dlaczego?
A: No bo tak chciałem!


Oglądamy filmik o niemowlaku. Pytam Antka:
Ja: Chciałbyś, żeby u nas w domu był taki dzidziuś?
A: Tak, chciałbym
Ja: Ale wiesz, że on mógłby dużo płakać?
A: Nieee, bo ja bendem go lulaći śpiewać mu kołysanki, wiesz?
Ja: Taaak?
A: Tak i nauczę się jak się koloruje i będę go nosić apka... ale chyba dzidziusie są dla mnie za ciężkie.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017


Za oknem piękne słońce, pogoda sprzyja spędzaniu czasu na świeżym powietrzu. Co więcej możemy ze spokojem wybrać się na dłuższy kilkugodzinny spacer lub mała wycieczkę w weekend. Każda mama wie jednak, że kilka godzin poza domem dla małego szkraba, wiąże się z przygotowaniem torby jedzenia i picia. Oczywiście możemy spędzić poprzedni dzień na przygotowywaniu zdrowych przekąsek, ale jest też kilka gotowych produktów, które bez wyrzutów sumienia możemy zaserwować maluchom. Są one droższe niż tradycyjne słodycze, ale czy na pewno na zdrowiu chcemy oszczędzać? Wcale nie trzeba udawać się sklepu ze zdrową żywnością, gdyż produkty które polecam kupicie w zwykłym markecie. Warto taką listę podrzucić również babci czy cioci, które nie lubią wpadać z pustymi rękami.

  1. Suszone owoce, orzechy oraz pestki
Wiadomo, że najzdrowsze będą owoce świeże, nieprzetworzone, jednak suszone są moim zdaniem doskonałą alternatywą. Kupując takie produkty musimy zwrócić jednak uwagę czy nie są one siarkowane (dwutlenek siarki w składzie) lub dosładzane. Dzieciom możemy je sprytnie przemycić jako chipsy owocowe lub w postaci mieszanki owoców i orzeszków. Można nimi również wzbogacić jogurt naturalny. Bez problemu można kupić je w większości marketów.

                                Zdjęcie z bloga:  http://weganskiepysznosci.blogspot.com/2016/11/chipsy-jabkowe-vitanella.html 
                                        

  1.  Musy owocowo-warzywne
U nas "musik" jest obowiązkową pozycją każdego dnia. To porcja owoców i warzyw podana w 
atrakcyjnej dla dziecka formie. Możemy go zabrać gdziekolwiek chcemy, a także otwierać i zamykać kilkukrotnie. Na rynku jest wiele propozycji, warto jednak czytać skład czy nie czai się gdzieś niepotrzebny cukier. Ja polecam Kubuś baby dl kupienia w Biedronce lub Apfelino z Lidla


  1. Batony owocowe z dodatkami
Idealny zamiennik czekoladowego batona najeżonego niepotrzebnymi dodatkami. Solidna porcja energii a do tego atrakcyjna forma. My polecamy batony z dobra kaloria (do kupienia np. w Lidlu). lub batony owocowe z Biedronki.



  1.  Chrupki kukurydziane, wafle ryżowe lub z innych zbóż itp.
Pod warunkiem, że nie zawierają soli ani wzmacniaczy smaku! Myślę, że jest to przekąska, która każdy rodzic (i nie tylko) powinien mieć w domu. Do kupienia w różnych wariantach, a nawet małych podręcznych opakowaniach. Znacie kogoś kto nie lubi chrupać?

Edit: Przetwory kukurydziane oraz ryżowe budzą wiele kontrowersji. Czy warto je podawać dzieciom czy są wręcz szkodliwe pozostawiam waszej decyzji. Jak ktoś ma wątpliwości zachęcam do zgłębienia tematu. Pamiętajmy, wszystko w granicach rozsądku ;)


  1. Sesame Bar - Baton sezamowy z miodem
Starałam się tutaj pisać ogólnie, ale ten baton zasługuje na osobny punkt. Jest to obowiązkowa pozycja na każdych zakupach w Lidlu i coś co mogę polecić z czystym sumieniem. Jeżeli lubicie sezamki to jest to o wiele smaczniejsza i zdrowsza alternatywa. 


  1. Musy jogurtowo-owocowe Day up
Jogurt, owoce i zboża czyli pełnowartościowy posiłek w małej tubce. A do tego skład, który nie budzi grozy. Coś dla miłośników jogurtu, który nie bardzo lubią nosić w torebce łyżeczkę. Mój Szkrab za nimi nie przepada, ale ja za to jak najbardziej. Nie każdy przecież musi lubić wszystko.
  1. Soki owocowe 100%
Świeżo wyciskane, z miąższem, bez dodatku cukru oraz substancji słodzących są zdrową alternatywą dla kolorowych napojów i od czasu do czasu miłym urozmaiceniem dla wody. Dodatkowo są dość sycące i stanowią kolejną porcję owoców w ciągu dnia. 





Zachęcam nie tylko do spróbowania tych produktów, ale również do czytania składów. 

Mam nadzieję, że ten post, był dla Was pomocny.

Miło mi będzie, jeśli udostępnicie go dalej.

czwartek, 23 marca 2017


Przepis na pyszne zdrowe danie, które można zaserwować zarówno na obiad jak i na kolacje.

poniedziałek, 20 marca 2017


Do uszycia Tipi zabierałam się od dłuższego czasu. Kupiłam wszystkie materiały, ale nie mogłam się zmobilizować do pracy. Myślałam, że trochę porywam się z motyką na słońce. Przewertowałam internet i znalazłam mnóstwo tutoriali. Miałam swoją wizję, a ponieważ żaden nie pasował mi w 100% opierałam się na tych trzech. Są opisane w taki sposób, że każdy połapie się o co chodzi. 


Nieco je zmodyfikowałam na moje potrzeby i zabrałam się do pracy.


Etap I – rysunek
Przede wszystkim musiałam zastanowić się jakich wymiarów potrzebuję. Ponieważ moje kije miały 150, a musiałam zostawić ok.10 cm do związania ich namiot musiał być niższy
Przyjęłam mniej więcej takie wymiary (doliczając kilka cm na podwinięcia)
Etap 2 – Przygotowanie stelaża
Kupione przeze mnie kije miały 150 cm. W każdym kiju 10 cm od wierzchołka wywierciłam otwór przez który później przeplatałam sznurek. Nie jest to konieczne, ale dzięki temu nasze tipi będzie stabilniejsze. Na koniec podkleiłam każdy kij filcową podkładką, by się nie ślizgały.


Etap. 3 – Wykrój
Na materiale wyrysowałam trójkąty analogicznie do przygotowanego projektu i wycięłam wszystkie elementy. Z trójkątów odcięłam ok.10-15 cm od wierzchołka, by zostawić otwór na kije.

Etap 4 - Zszywanie boków.
Za pomocą szpilek złączyłam ze sobą wszystkie ściany, a następnie zeszyłam je ze sobą.


Etap 5 – Podwijanie

Z każdej strony podwinęłam materiał na ok.2 cm 


Etap 6 - Tworzenie tuneli do stelaża
Po zmierzeniu szerokości kijków odmierzyłam wielkość tuneli u styku ścian, spięłam szpilkami i zeszyłam. Najlepiej zostawić nieco zapasu, by nie było później problemu. Jak to zrobić dokładnie przeczytacie w tutorialach powyżej.

Etap 7 – Rozstawianie TIPI
Nadszedł decydujący moment. Musiałam sprawdzić czy kije mieszczą się w tunelach i czy wszystko po postawieniu „trzyma się kupy”. Następnie zmierzyłam ile realnie ma jeden bok, by mieć wymiary do uszycia podłogi.

Etap. 8 – Podłoga
Wycięłam dwa kwadraty o długości boku namiotu. Polecam zmierzyć po rozstawieniu, ponieważ u mnie wyszło nieco więcej niż zakładałam (+kilka cm z każdej strony na zszycie). Przygotowałam 8 troczków które później podłożyłam w każdym narożniku, żeby podłogę można było przywiązać do kijków. Do wypełnienia użyłam starej kołdry, dzięki czemu nie wydałam dużo pieniędzy, a siedzieć można wygodnie. Na koniec podłogę przywiązałam do namiotu, by konstrukcja była stabilniejsza.


Prawda, że nic trudnego? To była chyba trzecia rzecz, którą uszyłam na maszynie, więc nie trzeba mieć wielkich umiejętności - tylko chęci :)
Wszystko zajęło mi około 3-4 godziny. Łącznie z pruciem oraz poprawkami, bo tych nie uniknęłam. Na koniec zauważyłam kilka małych błędów, jednak efekt był dość zadowalający. Najważniejsze, że spodobał się dziecku :)

Edit: Zapomniałam wspomnieć o kosztach. Kije kosztowały 6zł/szt czyli łącznie 24zł. Materiał zakupiłam w Ikei za 7zł/m a potrzebne było 5m co daje kwotę 35zł. Jeśli ktoś jest skrupulatny może doliczyć nić za 3zł. Wszelkie koszty zamknęły się w kwocie 60zł

wtorek, 7 marca 2017


Ruszył nabór do przedszkoli. Wielu rodziców zmaga się z myślami czy warto zapisać swoje dziecko do przedszkola czy zatrzymać jeszcze trochę w domu. 

Antek poszedł do przedszkola we wrześniu, przed ukończeniem trzech lat. I gdybym miała jeszcze raz wybierać – zrobiłabym tak samo. Przez pół roku zrobił tak ogromny skok w rozwoju, że nie sposób tego opisać. Moim zdaniem zdecydowanie warto, chociaż początki zazwyczaj są trudne.


5 powodów dla których warto posłać trzylatka do przedszkola
  1. Kształtowanie samodzielności
W domu mama poświęca dziecku tyle uwagi ile tylko może i czasami mimowolnie wykonuje za dziecko wiele czynności. W przedszkolu dzieci jest o wiele więcej i Pani przedszkolanka mimo wszelkich chęci nie może z każdym dzieckiem wykonywać wszystkich czynności. Dziecko powinno samodzielnie korzystać z toalety, ubierać się oraz jeść. Ma również obowiązki jak np. sprzątanie zabawek czy też mycie stolika po posiłku. Nauka tych czynności idzie każdemu dziecku inaczej, warto więc wcześniej uczyć go „samoobsługi” w domu.
  1. Nauka funkcjonowania w grupie
Trzylatek w przedszkolu prawdopodobnie pierwszy raz spotyka się z zasadami panującymi w grupie. Szczególnie jedynak – uczy się, że nie jest sam i pora nauczyć się cierpliwości. W tym środowisku spotykają się dzieci z różnych środowisk, co pomaga nauczyć malucha tolerancji. Wszystko jest wspólne, co na początku rodzi wiele konfliktów, które przedszkolak musi nauczyć się rozwiązywać oraz prowadzi do nauki dzielenia się np. zabawkami . Ma szansę na kontakt z rówieśnikami. Tworzą się nowe więzi między dziećmi, które nabierają współodpowiedzialności. Nawiązują się pierwsze przyjaźnie i sympatie.
  1. Doskonalenie umiejętności
Czas spędzony w placówce przedszkolnej na pewno nie będzie dla dziecka stracony. Każdego dnia wykonuje zadania, uczy się wielu technik plastycznych, ćwiczy zdolności manualne oraz koordynację ruchową. Bierze udział w wielu zajęciach, które trudno zapewnić w warunkach domowych np. język angielski, taniec, rytmika czy teatr. Trzylatek ma również doskonałą okazję do spożytkowania energii. Wszystkie te aktywności wpływają na wszechstronny rozwój malucha.
  1. Nabieranie odporności
Nie można trzymać dziecka pod kloszem. W przedszkolu dziecko spotyka się z różnymi wirusami oraz bakteriami i stopniowo nabiera odporności. Początkowo jest to męczące, dziecko dużo choruje i w placówce bywa w kratkę, ale na pewno zaprocentuje to na przyszłość. Najważniejsze by z powodu chorób ze strachu nie wypisać dziecka z przedszkola, bo później i tak będzie musiał odchorować swoje.
  1. Przygotowanie do szkoły
Nauka to nie wszystko. W przedszkolu dziecko poznaje przede wszystkim zasady szkolnego systemu. To tam zapoznawany jest ze sposobami motywacji i nagradzania a nawet kar. Każde przedszkole ma swój system i rodzic powinien zapoznać się z nim, by wybrać to, które odpowiada mu najbardziej. Dzieci mają szansę nauczyć się stopniowo koncentracji oraz reagowania na polecenia.


Oczywiście każde dziecko jest inne, rozwija się w różnym tempie.
Malucha trzeba również do takiej zmiany odpowiednio przygotować. Można bawić się w „przedszkole” oraz dużo o tym rozmawiać. Warto skorzystać z zajęć adaptacyjnych by zapoznać się z otoczeniem.
Każde przedszkole jest inne i ma swoje plusy oraz minusy. Różni są również rodzice, jedni poświęcają dzieciom w domu więcej a drudzy mniej czasu na naukę. Nawet jeśli jedno z rodziców nie pracuje, ma na głowie mnóstwo obowiązków domowych, więc nie może cały dzień zapewniać dziecku nowych zajęć.
Nie mówię, że nie ma minusów, bo jest ich kilka. Jednak to co dla jednych jest plusem, dla innych może stanowić poważny minus, to jest moja subiektywna lista.

poniedziałek, 20 lutego 2017

LIEBSTER BLOG AWARD to zabawa która ma na celu poznanie bliżej ulubionych blogerów. Nominujemy maksymalnie 11 blogów, które naszym zdaniem są dobre, a następnie zadajemy im 11 pytań. Osoby te odpowiadają w specjalnym poście. Po udzieleniu odpowiedzi na zadane pytania, a następnie nominują kolejne i gra toczy się dalej.

Moje zeszłoroczne odpowiedzi możecie przeczytać tutaj.

Tym razem otrzymałam dwie nominacje za które dziękuję Mama-na-obcasach oraz MatkaBezKitu.  Długo zbierałam się do udzielenia odpowiedzi, ale dziś w końcu nadszedł ten moment.
Bez owijania w bawełnę postaram się odpisać na zadane mi pytania.

I – pytania od Mama-na-obcasach :

1. Jak długo prowadzisz swój blog?
Mój blog w styczniu obchodził swoje drugie urodziny. W tym czasie zdarzały mi się okresy w których nieco zaniedbywałam pisanie, ale zawsze wracałam z nową werwą do działania.

2. Jakie wiążesz oczekiwania związane z prowadzeniem bloga?
Bloga prowadzę głównie po to by gdzieś wyrazić swoje myśli związane z rodzicielstwem i inne życiowe przemyślenia. Nie szukam sławy czy czegoś takiego, choć oczywiście wszelki odzew cieszy mnie niesamowicie. Stawiam na rozwój, bo widzę sama po sobie, że piszę zupełnie inaczej niż na początku. Dzięki pisaniu mogę poznać również wiele wspaniałych osób, które są na podobnym etapie życiowym co ja. 
 
3. Co sprawia Ci największą radość?
Chyba nie będą oryginalna. Największą radość sprawia mi zabawa z dzieckiem i obserwowanie każdego dnia jak stawia milowe kroki w swoim rozwoju. Jeszcze niedawno był słodkim maluchem całkowicie zależnym od mamy a już jest „duży” i ma swoje zdanie. 
 
4. Co lubisz robić w wolnym czasie?
Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Zależy od pory roku, humoru itp. Lubię czytać książki, grzebać w ogrodzie i jeździć na rowerze. Kiedy mam „wolny wieczór” uwielbiam poleżeć we wannie i oddać się chwili relaksu. 
 
5. Jest coś, co najbardziej Cię irytuje?
W pierwszej chwili (znów nie będę oryginalna) do głowy przychodzą mi skarpety męża. A tak na poważnie... W życiu najbardziej irytują mnie wszechwiedzący ludzie. Szczególnie kiedy niepytani udzielają złotych rad. Nauczyłam się jednak, że nie muszę marnować na takich osobników swojego czasu i jeśli mogę po prostu unikam. 
 
6. Co jest Twoją największą zaletą, a co wadą?
Moim skromnym zdaniem... Moją największą zaletą jest to, że zawsze można na mnie liczyć. Kiedy ktoś przyjdzie do mnie z problemem rzucam wszystko i pomagam na tyle na ile jestem w stanie. Jeśli zaś chodzi o wady... mam problem z punktualnością, zdarza mi się spóźniać na umówione spotkanie chociaż staram się tego nie robić. Jakoś tak zawsze samo wychodzi...

7. Co jest dla Ciebie najtrudniejsze do zrealizowania?
Najtrudniej jest mi trzymać formę. Lubię sport i ćwiczenia i co jakiś czas ostro zabieram się za trenowanie jednak brakuje mi regularności. Z tej euforii od początku daje z siebie za dużo i dość szybko mam dosyć. Nie potrafię też odmówić sobie słodkich przekąsek. 
 
8. Jakie jest Twoje największe marzenie?
Staram się nie robić sobie jakiś wielkich marzeń. Wolę mierzyć siły na zamiary i stawiać sobie cele, które mogę sama zrealizować niż bujać w obłokach i marzyć o czymś co nigdy się nie spełni. Jeśli miałabym wymienić jedną taką rzecz były by to wakacje na jakieś dzikiej wyspie.
 
9. Moja ulubiona piosenka to...
Ciężko wymienić jeden tytuł. Do głowy przychodzi mi „Dżem – Do Przodu” ze względu na tekst motywujący. Lubię ją sobie włączać, kiedy coś idzie nie tak. 
 
10. Najbardziej lubię...
Spotkania ze znajomymi.
Cenię sobie spokój, jednak kiedy jest go byt dużo można zwariować. Szczególnie jeśli jest się taką gadułą jak ja. 

 
11. Jaka jest Twoja ulubiona potrawa?
Spaghetti Napoli – uwielbiam kuchnie włoską, makarony i sos pomidorowy. Ponad to lubię potrawy, które robi się szybko i są pyszne. Robię je zawsze kiedy nie mam innego pomysłu.



II Pytania od MatkaBezKitu:

1. Czy uważasz się za szczęśliwego człowieka? 
Tak. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Uczę się doceniać to co mam i myśleć pozytywnie. Szkoda życia na to, by żyć nieszczęśliwie i użalać się nad sobą.

2. Czy lubisz sport a jeśli tak to jaki uprawiasz?
Lubię sport i aktywne życie, ale nie uprawiam żadnej konkretnej dziedziny. Wiosną i latem dużo jeżdżę na rowerze, zimą natomiast aerobik lub zumba.

3. Jakie kwiaty lubisz?
Jeśli chodzi o kwiaty cięte to zdecydowanie róże. Natomiast moim ulubionym kwiatem tak w ogóle są konwalie i bzy. Uwielbiam ich zapach.

4. Lubisz gotować? Twoja popisowa potrawa.
Zdecydowanie lubię. Czasem zamieszczam swoje przepisy i sądząc po reakcjach na blogu największym powodzeniem cieszy się Chili SinCarne.

5. Kosmopolitka, czy patriotka?
Raczej patriotka i to lokalna. Lubię moją polską wieś. Nie wyobrażam sobie żyć gdzieś indziej.

6. Kim dla Ciebie jest przyjaciółka/przyjaciel?
Przyjaciel to ktoś na kim możesz bezgranicznie polegać, kto zawsze pomoże ci w potrzebie. Niestety w dzisiejszych czasach takich ludi coraz mniej.

7. Czy Masz swoje ulubione blogi, jakie?
Powiem tak... Są oczywiście blogi które czytam regularnie, jak mam na to czas. Ostatnio w internecie staram się spędzać mniej czasu, dlatego też nawet u siebie nie jestem na bieżąco, a co dopiero z innymi. Nie chciałabym nikogo tutaj wyróżniać albo pomijać.

8. Co w sobie lubisz najbardziej (może być cecha charakteru, bądź cecha wizualna)
Lubię w sobie dystans do siebie i świata. Z czasem mam go coraz więcej co zdecydowanie ułatwia mi życie.

9. Co robisz gdy się wkurzysz?
Zazwyczaj wkurzam się ostro, ale nie na długo. Zdarza mi się krzyczeć, ale jeśli mam możliwość wychodzę na dwór. Przechodzi mi po krótkiej chwili i mogę wrócić normalnie do tego czym się zajmowałam.

10. Jeśli miałabyś do wyboru kraj, w jakim chciałabyś zamieszkać i dlaczego?
Po części na to pytanie odpowiedziałam już pod 5. Nie wyobrażam sobie życia gdzieś indziej, niż teraz.

11. Czy wierzysz w przeznaczenie, czy efekt własnego działania, może przypadek? 
Wierzę w prawo przyciągania. Przypadek, szczęście czy przeznaczenie to trochę jak wróżenie z fusów. Jestem zdania, że jeśli chcemy coś osiągnąć powinniśmy działać i dążyć do celu a nie czekać aż coś się samo wydarzy. Jeśli ktoś siedzi na tyłku i mówi: Nie uda mi się... To właśnie go czeka!


A teraz czas na moje pytania:
1. Jaka była twoja motywacja do założenia bloga, dlaczego to zrobiłaś?
2. Jak ma na imię Twoje dziecko/dzieci? Czym kierowaliście się przy wyborze?
3. Robisz postanowienia na przyszłość czy raczej starasz się żyć chwilą?
4. Wieś czy miasto? Gdzie wolisz/wolałabyś żyć i dlaczego?
5. Jaką kuchnie lubisz najbardziej?
6. Wymień trzy blogi które poleciłabyś w ciemno innym.
7. Co twoim zdaniem ma większy wpływ na dziecko: wychowanie, geny czy otoczenie?
8. Jaki rodzaj filmów lubisz? Masz ulubiony tytuł?
9. Lubisz zwierzęta? Jeśli tak to jakie najbardziej?
10. Podaj trzy cechy które cenisz u ludzi i krótko uzasadnij.
11. Co daje Ci pisanie bloga?


Moje nominacje. Kolejność przypadkowa:
Mama Tosiaczka http://mamatosiaczka.blogspot.com/
Retromoderna http://www.retromoderna.pl/
Tosi Mama http://tosimama.blogspot.com/
Mama w biegu http://mamawbiegu.pl/
Młoda mama https://niecodziennyblog-mlodejmamy.blogspot.com/
Life and Chill http://www.lifeandchill.pl/
Strefa matki: http://strefamatki.blogspot.com/
Slow Mama http://slowmama.pl/



Celowo wybrałam blogi, które gdzieś tam mi się przewinęły, ale słabo znam i bardzo chętnie dowiem się o nich nieco więcej :)

wtorek, 31 stycznia 2017




Kiedy w domu mieszka trzylatek, ciężko zadowolić jego podniebienie.
Wszystko obraca się o 180 stopni.
Jednego dnia zjada coś ze smakiem, a następnego już tego nie lubi... 

Jako, że nie należę do osób, które biegają z talerzem za dzieckiem, byle tylko zjadło troszeczkę 
za mamusie lub tatusia, mam coś co sprawdza się w kryzysowych sytuacjach! Dziecko najeść 
się musi, a ja nie chce osiwieć jeszcze przed trzydziestką. Wyciągam wtedy z rękawa mojego ASA, którego mogę użyć kiedy zaplanowany posiłek nie zadowolił akurat naszego "konesera". I od razu uprzedzam, nie jest to fast food!

U mnie są to ... racuchy drożdżowe z jabłkiem. Najlepsze jest w nich to, że mogą być zjedzone zarówno na śniadanie, obiad czy deserek (oczywiście nie jednego dnia! ;)).
Smakują wszystkim i znikają z talerza niemal z prędkością światła. 

Jak widzicie nie jest to zwykły przepis, to "coś" co niemal ratuje nam życie, kiedy tradycyjne metody zawodzą. Sprawia, że dziecko JEST ZADOWOLONE, bo dostaje to co lubi, a mama czuje się jak super-bohaterka, ponieważ udało jej się poskromić 'małego głoda'.
I wszyscy żyją dalej długo i szczęśliwie :P


Składniki:   
[na ok.10szt.]

1/2 szkl mąki pszennej
1/2 szkl mąki owsianej
25g drożdży świeżych (1/4 kostki) lub 1/2 opakowania suchych
szczypta soli
łyżeczka cukru
3/4 szkl letniego mleka
1 jajko
olej do smażenia 
1 jabłko

Wykonanie:
Mąki wsypać do miski dodać szczyptę soli. Wymieszać, zrobić małe wgłębienie i pokruszyć do niego drożdże. Następnie zasypać je cukrem i wlać ok.1/3 porcji mleka. Odstawić na ok.10 minut by drożdże zaczęły działać. Dodać resztę mleka, jajko i dokładnie wymieszać (najlepiej drewnianą łyżką). Odstawić na około godzinę w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. 
Jabłko obrać i pokroić na 4 części i każdą z nich na cienkie plasterki. Na patelni rozgrzać tłuszcz. Przygotować szklankę ciepłej wody. Porcje ciasta nabierać łyżką umoczoną uprzednio w szklance dzięki czemu będzie ono ładnie odchodziło. Na każdą porcję nałożyć 2-3 plasterki jabłka delikatnie wciskając je do środka. Smażyć z obu stron na złoty kolor. 

SMACZNEGO!
Mam nadzieję, że i Wam kiedyś ten przepis uratuję kryzysową sytuacje ;)