wtorek, 1 września 2015



Muszę przyznać się bez bicia, że we wakacje nie miałam czasu na blogowanie. A to dlatego, że w tym roku były one bardzo aktywne i pełne zajęć. Powoli kończą się wakacje więc czas na małe podsumowanko.

Sezon urlopowy zaczęliśmy od podróży do Chorwacji, którą opisywałam TUTAJ.

Jeszcze w połowie lipca [tym razem w pełnym składzie] wybraliśmy się z przyjaciółmi na weekend do Kołobrzegu. Niestety pogoda nas nie rozpieszczała i o ciepłej wodzie w naszym morzu, mogliśmy tylko pomarzyć. Nie zniechęciło to jednak naszych panów do kąpieli. Junior również się zamoczył biorąc przykład z tatusia, ale entuzjazmu do dalszej kąpieli nie było. Za to zdobył nowych kolegów przy budowaniu babek z piasku. Sąsiedzi z kocyka obok pożyczyli nam nawet mini ponton na małą przejażdżkę. Antoś był już nad morzem po raz trzeci, więc zafundowaliśmy mu nową przygodę w postaci rejsu statkiem. Nosidło sprawdziło się w tym przypadku idealnie, bo mógł podziwiać widoki, a ja byłam spokojna, że mi się nie będzie chciał wysmyknąć. Mimo małych problemów spędziliśmy czas tak świetnie, że żal było wracać. Weekend tak nam się spodobał, że postanowiliśmy go sobie przedłużyć...

...Na kilka dni przenieśliśmy się na działkę oddaloną o kilka kilometrów. Tam mieliśmy raj na ziemi. Szczególnie nasz Szkrab. Otwierał bramę i odwiedzał chętnie okoliczne działki. Wokół pełno ciotek i wujków, którzy zawsze w zanadrzu mieli jakieś ciasteczko. W trawie czaiły się ciekawe zwierzątka jak np. żaby czy pasikoniki, których obserwacje były dla Antosia czymś niezwykłym i o wiele ciekawszym niż zabawki. W upalne dni nalewaliśmy wody do baseniku albo laliśmy się z węża :) Las dawał nam cień i zapraszał na dłuższe spacery. A kiedy junior kładł się spać rozpalaliśmy ognisko. To był nasz czas na relaks. A kiedy zebrała się większa grupka, wyciągałam gitarę i przypominałam sobie stare piosenki ku uciesze gości. Niestety tata musiał wracać do pracy, a my do domu. Jednak to nie ostatni nasz wypad na działkę. Było ich tego lata więcej.

Z wyjazdami nie mogliśmy za dużo szaleć, bo na miejscu przez cały czas czekały nas zajęcia dla dzieciaczków w ramach projektu "Wakacje z Maluchem". Dwie wspaniałe prowadzące, kilkanaście mam z dziećmi, pozwoliły nam dwa razy w tygodniu spędzić bardzo miło przedpołudnie. Były zabawy ruchowy, nowe piosenki, tańce i masażyki. Maluchy [a częściej bardziej mamy] miały okazję dać upust swojej kreatywności tworząc zakładki, ozdabiając wagony pociągu, czy tworząc odciski z masy solnej. Cały czas ćwiczyły zmysły poznając nowe faktury i kształty, wyrabiając ciasto albo przesypując materiały sypkie. Nie zabrakło zabawy cieniami ani ulubionych baniek mydlanych. Dzięki szalom i apaszkom Antoś nauczył się mówić: NIE MA, kiedy mama się ukrywała. Przez cały czas mamy poznawały sposoby na recykling starych opakowań czy rolek po papierze i przerabianie ich na cudowne zabawki. Poznaliśmy też sposoby na ćwiczenia sportowe z dziećmi. Nasze spotkania zakończyłyśmy piknikiem na plaży miejskiej. Dzieci bawiły się świetnie w piasku. Polecam każdej mamie, gdyż każde takie spotkanie to moc inspiracji dla zabaw domowych.
W ramach tego samego projektu zorganizowaliśmy pogadanki o Metodzie Montessori, pieluchach wielorazowych, karmieniu piersią, chusto-noszeniu i BLW. Tę ostatnią miałam zaszczyt poprowadzić ja sama, co opisywałam TU.

Pięknym zwieńczeniem wakacji było zaangażowanie się w pomoc przy imprezie charytatywnej dla chorej Zuzi Lambryczak (więcej informacji możecie znaleźć na jej funpage). Antoś dzielnie zbierał pieniążki na leczenie i rehabilitację starszej koleżanki. Mam nadzieję, że gdy dorośnie również chętnie będzie brał udział w tego typu inicjatywach.

Prócz wszystkich tych aktywności cały czas razem z Antosiem opiekowaliśmy się naszym ogrodem oraz zaprawialiśmy plony, które nam wydał. Zimą będą one bezcenne.

Te wakacje naprawdę możemy zaliczyć do ciekawych i udanych.





  








poniedziałek, 10 sierpnia 2015


Jak wspominałam na moim profilu fejsbukowym, dzisiaj w ramach projektu "Wakacje z maluchem" miałam przyjemność poprowadzić moją pierwszą [i mam nadzieję nie ostatnią] pogadankę na temat metody 'Bobas Lubi Wybór'. Miałam trochę stresa, jak to zawsze bywa za pierwszym razem, ale okazał się zupełnie niepotrzebny.

O tym czym jest BLW i jakie były nasze początki pisałam już wcześniej TUTAJ :)

Miałam godzinę, by przekazać wszystko co wiem na ten temat. Mówiłam o zaletach, korzyściach dla dziecka i mamy, produktach zakazanych oraz tych absolutnie niezbędnych. Opowiedziałam o tym jak się przygotować i kiedy można zacząć przygodę z BLW, dodając również opowieści z mojego własnego doświadczenia. Ponieważ uczestniczkami były mamy obeznane co nieco w temacie, one również podzieliły się z innymi swoimi obserwacjami i przemyśleniami. Pogadanka przerodziła się w dyskusję. Bez wątpienia było to dla mnie cenne przeżycie. Mam nadzieję, że dla uczestniczek również. Budująca jest myśl, że coraz więcej jest rodziców świadomych i dbających o dietę swoich pociech.

Ileż można o jedzeniu rozmawiać...

Nie mogło obyć się bez namacalnych przykładów, dlatego przygotowałam również przekąski dla maluszków. W naszym menu prócz zdrowych deserów znalazły się świeże owoce z mojego ogrodu oraz szybkie obiadki "na wynos", które świetnie sprawdzają się latem. Dzieci chętnie sięgały po nowości. Ku mojej uciesze, również mamy wyszły ze spotkania najedzone :)

Może nie jestem ekspertem. Lubię jednak tworzyć w kuchni coś dobrego i zdrowego. Moje dziecko z głodu nie umarło, ma się dobrze i lubi jeść, więc mam pewność, że warto było dać Bobasowi wybór :)

wtorek, 28 lipca 2015


Nie planowaliśmy zagranicznych wakacji, jednak z takką propozycją wyszli nasi znajomi. Po oszacowaniu kosztów doszliśmy do wniosku, że chętnie się wybierzemy w nieznane. Nie chwaliłam się wyjazdem przedwcześnie, gdyż kilka razy stanął on pod znakiem zapytania. Na koniec okazało się, że M. nie może jechać z nami. Decyzja była niesamowicie trudna, ale ostatecznie zdecydowałam się spróbować. Trochę odpoczynku od siebie, nigdy nie zaszkodzi.

Zagraniczny wyjazd z maluchem zawsze wiąże się z dużą ilością dodatkowego bagażu. Potrzebny był nie tylko wózek, ale też nosidło, kółko do pływania, łóżeczko turystyczne i zabawki. Musieliśmy wyposażyć się w gigantyczne ilości przekąsek na drogę i trochę "naszego" jedzenia na sam pobyt. Żałowałam bardzo, że Szkrab nie jest już na cycu, bo miałabym problem odżywiania z głowy. Pomyślałam: trudno, najwyżej zrobimy sobie dyspensę od BLW. W końcu wakacje są tylko raz w roku. Poza tym, będziemy szukać kwatery z kuchnią, żeby można było coś upichcić. Jedzenie nie było jednak największym zmartwieniem. Antoś nigdy nie jechał w tak daleką drogę, a czekało nas kilkanaście godzin w aucie. Jak on to zniesie? Zaskoczyłam się bardzo pozytywnie. Okazało się, że Antoś narzekał najmniej. Zdarzyło mu się płakać, ale głównie spał, bawił się lub tańczył przy muzyce z radia. Chyba ja byłam bardziej zmęczona podróżą niż on. Robiliśmy też przerwy dla rozprostowania i odpoczynku, tym bardziej, że kierowca był jeden.

Po drodze raczyliśmy się cudownymi widokami. A to był jedynie przedsmak tego co zastaliśmy na miejscu. Wybraliśmy niewielką malowniczą miejscowość Primosten. Chcieliśmy zobaczyć urokliwą Chorwację, a nie rzeszę turystów. To nieduże miasteczko sprawiło, że zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Z językiem problemów nie było. Większość Chorwatów, rozumie język polski, ich też łatwo zrozumieć jeśli mówią powoli. Na każdym kroku spotkać można było Polaków. Noclegu nie załatwialiśmy wcześniej, na miejscu poszukiwania zajęły nam ponad godzinę. Wyszło to chyba taniej niż w Polsce nad morzem. A ze wspólnego tarasu mieliśmy widok na zatokę portową. Był niesamowity upał. Gdy tylko wnieśliśmy bagaże, marzyłam tylko o wannie pełnej wody.

Popołudniu od razu wybraliśmy się na plażę.
 
Kamienie były całkiem wygodne. Przynajmniej nie trzeba było później z tyłka piasku wytrzepywać :P Antoni był zachwycony. Przekładał kamienie z miejsca na miejsce, nosił w wiaderku, przesypywał z kubeczka do kubeczka. Woda w Adriatyku czyściutka i cieplutka, bez porównania z naszym Polskim morzem. Za to okropnie słona, o czym Junior postanowił się przekonać organoleptycznie już pierwszego dnia. Minusem były tylko jeżowce, ale szybko przyzwyczailiśmy się do pływania w butach. Nie lubię ich jeszcze z jednego powodu. Chciałam zrobić zdjęcie moim super wodoodpornym telefonem, a on odmówił posłuszeństwa. Zostałam nie tylko daleko od domu, ale też bez możliwości kontaktu ze światem. Antoś prócz pływania z mamą, siedział zamoczony na brzegu i bawił się kamieniami. Problem pojawiał się kiedy trzeba było wychodzić z wody. Gdy się zmęczył, robiłyśmy rundkę we wózku i już drzemał. Popołudniu często odpoczywaliśmy sami w domu, a znajomi serwowali sobie drugą sesję na plaży.

W dzień temperatura tak dawała się we znaki, że z wody nie chciało się wychodzić. Szybko okazało się, że dla juniora ubrania były w zasadzie zbędne. Tylko się w nich pocił. Najczęściej urzędował w spodenkach kąpielowych lub samej pieluszce. Dopiero wieczorem robiło się na tyle przyjemnie, by iść na spacer i zwiedzić okolicę. Zachód słońca na tle morza i tych cudownych małych domków to widok nie do opisania.

Niedaleko naszego miejsca zakwaterowania, znajdował się targ ze świeżymi owocami i warzywami. Któregoś dnia, gdy towarzystwo jeszcze spało wsadziłam Antosia w nosidło i ruszyłam na łowy. Szczęście, że wybrał się z nami nastoletni syn znajomych, bo nakupiłam tyle, że bym nie doniosła :) Obiady robiliśmy raz w domu, a raz jedliśmy na mieście. Jako, że ja wege, od razu mogłam podarować sobie lokalne przysmaki takie jak np. małże. Udało nam się z juniorem zjeść dobrą zupkę jarzynową, naleśniki i ... ty chyba tyle zdrowego. Junior skosztował frytek i pizzy (a właściwie to samego ciasta z końcówek) i żyje :D Znalazłam na miejscu sklep z jego ulubionymi musami w tubkach, więc był wniebowzięty. Przekonał się też do jedzenia pieczywa, ale nadal zdecydowanie bez obkładu.

Wyjazd większą ekipą pozwolił mi znaleźć kilka chwil dla siebie. Pomoc była nieoceniona. Odpoczęły moje plecy i ręce, gdyż chętnych do pchania wózka nie brakowało. Juniorek był wniebowzięty, że miał kompanów do zabawy i do zaczepiania. Miło było doświadczyć pomocy, ale czasem chciałam być tylko sam na sam z moim synkiem. Żałowałam strasznie, że tatusia z nami nie ma. Tęsknota była adekwatna do liczby dzielących nas kilometrów. Brak telefonu zdecydowanie nie ułatwiał sprawy, choć mogłam raz po raz zadzwonić od kogoś. Dwie nocki mieliśmy z głowy, gdyż kolejna czwórka postanowiła bezczelnie nas dopaść. Nie było lekko, ale poradziliśmy sobie.

To tak w wielkim skrócie. Tydzień zleciał bardzo szybko. Było to jednak dosyć czasu na taką wycieczkę. Największe wrażenie zrobiła na mnie historyczna część miasta, którą można było obejść dookoła i podziwiać przepiękne widoki. Wąskie uliczki i małe białe domki z okiennicami to coś przepięknego.

Z całą pewnością mogę polecić wam to miejsce i zapewnić, że tam wakacje na pewno będą udane.

Dla wytrwałych relacja fotograficzna:

widok z okna:











czwartek, 18 czerwca 2015



Ładna pogoda sprawia, że całe dni spędzamy na świeżym powietrzu. Podwórko jest tysiąc razy bardziej atrakcyjne, bo zawsze jest coś nowego do odkrycia. Ogranicza nas jedynie głód. Wpadamy więc do domu i chcemy błyskawicznie mieć obiad.
Co robię w takiej sytuacji? Wyciągam coś 'gotowego' z zamrażarki. Gotowego, to znaczy przygotowanego wcześniej i wrzuconego tam na czarną godzinę. Taki nasz domowy fast food :)
Mogą służyć za śniadanie, obiad i kolację. Tak samo dobrze smakują same jak i w towarzystwie np. warzyw.

PULPETY Z PĘCZAKIEM I KURCZAKIEM

Składniki:
  • 1/2 szklanki kaszy pęczak (suchej)
  • 1 cebula szalotka
  • 1 niewielka pierś z kurczaka
  • 2 łyżki mąki kukurydzianej (zamiennik jajka)
  • 2 łyżki bułki tartej (lub otrębów w wersji bezglutenowej)
  • 1 łyżeczka oleju rzepakowego
  • 1 łyżeczka papryki 
  • szczypta majeranku, tymianku, pieprzu do smaku
dodatkowo mąka kukurydziana oraz olej do smażenia 

Przygotowanie:

Kaszę gotujemy w szklance wody. Odstawiamy aby napęczniała (najlepiej przygotować ją poprzedniego wieczora). Kurczaka i cebulkę kroimy w mała kostkę. Łączymy z kaszą, dodajemy mąkę, bułkę, przyprawy i olej. Wszystkie razem mieszamy. Powinniśmy uzyskać lepką konsystencję. Na talerz wysypujemy mąkę kukurydzianą. Formujemy kulkę, lekko zgniatamy i otaczamy w mące. Jeżeli się rozsypuje do "ciasta" należy dodać więcej mąki kukurydzianej. Wiąże ona składniki tak samo jak jajo. Smażymy na rozgrzanym oleju. Odsączamy na ręczniku papierowym, część zjadamy na świeżo, a resztę studzimy i zamrażamy na później.

SMACZNEGO :)


piątek, 12 czerwca 2015


Ten kto czyta mnie regularnie wie, że lubię być aktywna. Jeszcze lepiej kiedy ta aktywność może być realizowana razem z dzieckiem. Waga szkraba nie pozwala mi już na ćwiczenia w chuście, a kiedy próbuje robić je obok malucha, słyszę ciągłe protesty. Jak zatem połączyć sport i dobrą zabawę z maluchem? Jazda na rowerze sprawdzi się idealnie! Tym bardziej, że zaczyna się lato, idealny czas na wycieczki rowerowe. Nie mogłam się już doczekać, kiedy Antoś będzie mógł spróbować i wyruszymy na pierwszą wspólną wycieczkę rowerową.